Xenoblade Chronicles 3

Optymistycznie spoglądając w przyszłość.

Xenoblade Chronicles 3 to dosyć ciekawy przykład tego, jak wiele może się nauczyć deweloper przez okres życia konsoli. Xenoblade Chronicles 2 trafiło na rynek zaledwie dwa lata po premierze Xenoblade Chronicles X. Dostarczenie dwóch olbrzymich jRPG w tak krótkim czasie zdecydowanie jest godne podziwu, a dodatkowo Monolith Soft wykorzystało tę okazję do przetestowania kilku nowatorskich pomysłów. Koniec końców w przypadku dwóch pierwszych części zaowocowało to wciąż świetnym, lecz nieco chaotycznym doświadczeniem.

Nie licząc dwóch mniejszych projektów – remastera pierwszej części serii oraz pokaźnego DLC do dwójki, Xenoblade Chronicles 3 jest więc pierwszym samodzielnym projektem zespołu Tetsuyi Takahashiego od prawie pięciu lat. I czuć, że przez ten czas mocne i słabe strony dwójki zostały starannie przeanalizowane. Trzeci Xenoblade to bowiem nie tylko ogromny krok w przód w porównaniu do poprzednika, ale też najlepsza część serii zapoczątkowanej w 2010 roku i jeden z najlepszych jRPG w jakie grałem.

Piszę to oczywiście jako ogromny fan serii, który na kolejny projekt Monolith Soft czekał z niemałą ekscytacją. Jednak nawet pomimo ogromnych oczekiwań, nie mogę wyjść z podziwu, jak wielką drogę deweloper przeszedł przez te kilka lat. Warstwa techniczna, scenariusz, system walki, projekt świata, zawartość poboczna – w najnowszym projekcie każdy z tych elementów został doprowadzony niemal do perfekcji.

“Walczymy by żyć, żyjemy by walczyć.”
Ferronis kolonii Keves.

Ogromne mechy spoglądające na pole bitwy, choreografia walk, mimika postaci – jakość i skala przerywników filmowych wciąż robi piorunujące wrażenie.

Aionios – nowe, choć znajome miejsce akcji – to zamknięty kontynent zamieszkany przez populacje dwóch nacji: Agnus i Keves. Narody (na czele których stoją dwie znane, choć zamaskowane sylwetki) od zapomnianych czasów toczą między sobą niekończącą się wojnę o najbardziej drogocenny surowiec świata – życie. Mieszkańcy Aionios mają zaledwie dziesięć lat, aby udowodnić swoją wartość. Każdy z nich dojrzewa w probówce, a po wyjściu z niej natychmiast zostaje wrzucony do wojennego młyna.

Przez dekadę każdy żołnierz stara się wpędzić do grobu jak najwięcej wrogów i zebrać jak największą ilość energii życiowej pozwalającej na przetrwanie swojej kolonii. Tylko nielicznym udaje się przetrwać na polu bitwy dziesięć lat i dostąpić zaszczytu odprawy w zaświaty w asyście królowej i ceremonialnego koncertu. Zdecydowana większość populacji musi się jednak zadowolić śmiercią na polu bitwy w akompaniamencie krzyków i wybuchów.

Dla naszych protagonistów ciągły strach o własne życie i opłakiwanie poległych przyjaciół to dzień powszedni. I choć w ich głowach zaczynają się pojawiać pytania o sens ciągłej walki, nie są sobie w stanie nawet wyobrazić świata działającego na bardziej humanitarnych zasadach. Zmienia się to jednak, gdy podczas specjalnej misji szóstka bohaterów, w połowie należąca do Agnus, a w połowie do Keves, musi zacząć uciekać przed całym światem i współpracować w celu odkrycia, kto tak naprawdę steruje światem zza kulis. Sytuację tę na szczęście poprawia fakt, że po spotkaniu tajemniczego i, co niespotykane, pomarszczonego mężczyzny, bohaterowie mogą się łączyć w pary i zamieniać w potężne formy nazywane Ouroboros.

Szóstka protagonistów: Noah, Mio, Eunie, Taion, Lanz i Sena; to prawdopodobnie jedna z moich ulubionych drużyn w historii gatunku. Deweloperom udało się stworzyć energiczną mieszankę różnorodnych bohaterów uczących się stopniowo wzajemnego zaufania. Gdy trzeba, dowalają sobie zgryźliwymi komentarzami, rozluźniając tempo. Gdy są potrzebni sobie nawzajem, rzucają się za sobą w ogień. Przyjaźnie, które się tutaj wytwarzają na przestrzeni fabuły, stają się niesamowicie przekonywujące. Monolith Soft nie popełnił tu błędu, na które cierpi cała masa (także ich własnych) jRPG, i nie zapomina o żadnym bohaterze w końcowych etapach. Każdy otrzymuje tutaj odpowiednio dużo czasu ekranowego, a jego wątek zostaje rozwiązany w ciekawy i często nieprzewidywalny sposób.

Historia wciąga od samego początku i trzyma aż do ujrzenia napisów końcowych. Xenoblade Chronicles 3 to prawdziwy emocjonalny rollercoaster pełny wzruszeń i ekscytacji. Ton przygody jest tym razem zdecydowanie bardziej melancholijny, a jedną ze “znajdziek” są zresztą ciała poległych żołnierzy, którym należy zorganizować polowy pogrzeb. To wciąż gra ze znaczkiem PEGI 12 na pudełku, ale studio pozwoliło sobie na zaskakująco dużo w ramach tych ograniczeń.

Oglądanie dzieciaków całe życie podporządkowanych propagandzie i ograniczonemu spojrzeniu na świat, uczących się o oczywistych dla nas konceptach – planowaniu przyszłości, podejmowaniu prostych codziennych decyzji, starzeniu się czy rodzicielstwie. Pozwala to także i nam spojrzeć na nie z innej perspektywy i bardziej docenić te oczywistości, nad którymi ciężko się pochylić w coraz bardziej pędzącym świecie.

Dodatkowo, choć trzecia część serii nie kryje się już ze swoimi powiązaniami fabularnymi z poprzednimi dziełami Tetsuyi Takahashiego, wciąż jest samodzielną historią stojąca na własnych nogach. Fani oczywiście docenią rozwinięcie kilku powracających motywów i przyjemne, ale nieinwazyjne cameo (tak, patrzę na ciebie Falcom), ale Xenoblade Chronicles 3 jest też świetnym punktem wejściu dla graczy, którzy do tej pory nie mieli jeszcze okazji na zapoznanie się z którąkolwiek grą Monolith Soft.

Doceniam też, jak dużo uwagi przywiązano do zadań pobocznych. Grupowane są we własne, często przecinające się historie. Skutkuje to masą wątków opcjonalnych, które, opowiadając historie z pozoru nieistotnych NPC, znacząco rozwijają świat gry. I jasne, jeśli chodzi o same zadania, to zwykle wciąż mamy do czynienia z typowym bieganiem po mapie w poszukiwaniu surowców, pokonaniem 10 potworów tej samej rasy lub lataniem między różnymi częściami w celu pogadania z różnymi bohaterami. Sidequesty są jednak na tyle ciekawie napisane, że jakimś cudem jestem w stanie sobie przypomnieć całkiem sporo imion niegrywalnych i nieudźwiękowionych postaci trzecioplanowych.

“Coś bardziej mięsnego…”
Ekran walki.

UI ponownie przeszło bardzo potrzebne zmiany. Czasami ekran wciąż potrafi zostać całkowicie zasłonięty liczbami i informacjami o debuffach, co dla postronnego obserwatora może wydawać się chaosem, ale spokojnie – tak naprawdę zawsze doskonale wiadomo, co się akurat dzieje.

Znaczące zmiany dotknęły też systemu walki. Podstawy oczywiście nie różnią się znacząco od poprzednich gier z serii. Po rozpoczęciu potyczki postacie automatycznie zaczynają atakować wroga w czasie rzeczywistym, a zadaniem gracza jest odpowiednie pozycjonowanie aktualnie kontrolowanego bohatera i aktywowanie stopniowo ładujących się artów przypisanych do przycisków funkcyjnych. Wyraźnie jednak można wyczuć ambicje Monolith Soft w tym aspekcie. Tym razem nasza drużyna składa się nie z trzech, lecz z co najmniej sześciu postaci biorących czynny udział w walce. W końcu też studio posłuchało się próśb fanów i kontrolowanego bohatera można zmienić nawet w trakcie walki, dzięki czemu wyprowadzanie dewastujących combo staje się jeszcze łatwiejsze (chociaż AI całkiem nieźle sobie radzi z samodzielnym podejmowaniem decyzji).

Największe zmiany dotknęły jednak mechaniki poprzedzające aktywną walkę. Najważniejszą nowością w Xenoblade Chronicles 3 jest nowy system klas, który znacząco upraszcza dostosowywanie ekwipunku. Wszystkie postacie reprezentują różne klasy, które podzielono na trzy kategorie – DPS, tanki i wsparcie. Każda klasa posiada własny zestaw artów i zdolności pasywnych, a sposób ich kontrolowania potrafi być diametralnie odmienny. Z czasem każda grywalna postać otrzymuje możliwość zapożyczania stylów od reszty, co pozwala na naprawdę fajne eksperymentowanie i odnalezienie własnego stylu gry (i zabawę w projektanta mody, bowiem zmiana klasy wiąże się też ze zmianą ubioru bohatera).

Klas jest naprawdę sporo. Poza naszą szóstką głównych bohaterów udział w walce brać mogą też postacie poboczne nazywane “Heroes”. Ich funkcje wydają się być ewolucją pomysłu Blade’ów z Xenoblade Chronicles 2, ale po pozbyciu się irytującej mechaniki kryształów przywodzącej na myśl gry gatcha. Kolejnych bohaterów odblokowujemy wraz z postępem w głównym wątku fabularnych lub poprzez ukończenie zadań pobocznych. Postacie stają się siódmym członkiem zespołu, ale kieruje nimi jednie komputer. Każda z nich reprezentuje również własną klasę, która po czasie zostaje odblokowana dla protagonistów. Wraz ze zwiększającym się doświadczeniem w jednej profesji odblokowujemy nowe arty i pasywne zdolności, które następnie możemy swobodnie mieszać.

To prawdopodobnie najlepszy system walki, jaki Monolith Soft stworzyło do tej pory. Wciągający i wynagradzający nie tylko pragmatyczność, ale też ryzyko. Tradycyjnie lśni on szczególnie podczas walk z potężniejszymi bossami, gdzie każda decyzja podczas i poza walką może mieć wpływ na nasz sukces. Obserwowanie jak sprawiająca nam kłopoty ogromna małpa w końcu pada na ziemię po wyprowadzeniu serii przemyślanych ataków zbijających jej ponad połowę paska zdrowia zawsze będzie satysfakcjonujące. Szczególnie, że jeśli po zakończeniu Chain Attack człekokształtny wciąż będzie trzymać się na nogach, prawdopodobnie zmiecie całą naszą drużynę z planszy jednym ciosem.

Deweloperzy zdecydowanie też wzięli sobie do serca narzekania na konfundujące i irytujące samouczki, które nękały pierwsze godziny poprzednich gier. Usypiające odbiorcę ściany tekstu zastąpiono krótszymi i łatwiejszymi do przetrawienia sekwencjami, które klarownie tłumaczą każdy element systemu walki. Jeśli czujemy, że nasza wiedza nie jest dostateczna, w menu znajdziemy też spis wszystkich dotychczasowych porad oraz specjalny tryb treningowy przypominający nieco misje VR z Metal Gear Solid. Jest to świetna wiadomość dla graczy zaczynających swoją przygodę z serią. Fani będą pewnie jednak wciąż przewracać oczami na widok okna tekstowego tłumaczącego im, że mogą korzystać z szybkiej podróży między sektorami mapy. Od samego początku dostępne są też trzy poziomy trudności, więc możemy wybrać, czy chcemy łagodnie przejść przez walkę, skupiając się na fabule, czy jednak przetestować swoje umiejętności na hardzie.

Zjednoczone dwa światy
Horyzont regionu Fornis.

Co prawda świat Xenoblade Chronicles 3 nie jest jednym ogromym i pozbawionym ekranów ładowania obszarem, jednak wszystkie sektory wciąż imponują rozmiarami i skalą.

Gdyby się uprzeć i na siłę ignorować całą zawartość poboczną, Xenoblade Chronicles 3 można by pewnie ukończyć w niecałe 60 godzin. Monolith Soft po raz kolejny stworzyło jednak absolutnie przepiękny świat, którego eksploracja to czysta przyjemność. Aionios to wielopoziomowa mapa wypełniona abstrakcyjnymi widokami, szeregiem od razu rzucających się w oczy interesujących punktów i aktywnościami pobocznymi. Zrezygnowano z dosyć kulawej mechaniki zdolności środowiskowych, które sztucznie blokowały dostęp do najciekawszych miejsc na mapie, a jedyną rzeczą powstrzymującą nas na starcie przed zwiedzeniem każdego zakątka regionów jest siła przeciwników.

Dlatego naprawdę ciężko podróżować z jednego znacznika wątku głównego do kolejnego bez zbaczania z drogi i odkrywania tajemnic Aionios w poszukiwaniu skarbów, wyjątkowo silnych przeciwników, sekretnych lokacji lub po prostu zapierających dech w piersiach widoków. Aionios jest w praktyce miszmaszem światów Xenoblade 1 i 2. Dla fana serii wypatrywanie kolejnych nawiązań do przednich gier w samych projektach map jest bardzo wynagradzające, a wisienkami na torcie są strategicznie porozrzucane punkty widokowe.

Do wcześniej zwiedzonych obszarów regularnie chce się wracać, także dzięki rozwiniętym mechanikom socjalnym. Tak jak w pierwszej części serii, otrzymujemy dostęp do rozbudowanego wykresu relacji między wszystkimi NPC, których spotykamy w trakcie przygody. Wyzwalanie spod kontroli, wykonywanie zadań pobocznych lub najzwyklejsze rozmawianie z mieszkańcami Aionios zmienia ich nastawienie do naszych bohaterów oraz reszty społeczeństwa. I ze wszystkich trzech gier tutaj ten system wydaje się być najbardziej naturalny. Cała gra popycha nas do pojednania ze sobą dwóch skrajnie antagonistycznie nastawionych do siebie nacji. Każda z wyzwalanych kolonii wyróżnia się też na tle reszty dzięki specyfice ich funkcji oraz charyzmatycznym dowódcom. Natomiast oglądanie jak z czasem dwa zupełnie obce sobie obozy zaczynają pracować razem naprawdę rozpala serducho.

Monolith Soft w końcu też rozgryzło specyfikę Switcha i porządnie zoptymalizowało swój silnik pod możliwości konsoli. Jakość obrazu to olbrzymi krok do przodu w porównaniu z Xenoblade Chronicles 2 i Xenoblade Chronicles: Definitive Edition, szczególnie w najbardziej problematycznym pod tym względem trybie przenośnym. Ogólna jakość graficzna jest zdecydowanie bardziej zaawansowana niż w poprzednich grach. Konsola jest popychana do granic swoich możliwości między innymi przez wspomniane wcześniej zwiększenie liczby bohaterów biorących udział w walce. Framerate przez większość czasu trzyma się jednak docelowych 30 klatek na sekundę. Spadki wciąż się zdarzają, ale są mniej częste niż w poprzedniku.

Dźwięki nadziei
Noah i Mio grający na fletach.

Użyte przy nagrywaniu ścieżki dźwiękowej flety shinobue to idealne repliki tych należących do Mio i Noah w grze. Monolith Soft zamówiło je specjalnie na potrzeby gry. Każdy tego typu instrument gwarantuje nieco odmienny i ciężki do podrobienia dźwięk.

Muzyka zawsze pełniła w serii ważną rolę. Tym razem wydaje się być jednak jeszcze bardziej kluczowa. W końcu dwójka naszych protagonistów, Noah i Mio, to także muzycy, którzy poprzez grę na flecie odsyłają poległych towarzyszy w ostatnią wędrówkę. Dlatego te instrumenty dęte drewniane pojawiają się w większości utworów, które usłyszeć możemy w trakcie przerywników filmowych, eksploracji świata, a nawet walki. Kluczową rolę pełnią w niemalże nostalgicznym “A Life Sent On“, którego fragment można było usłyszeć już w pierwszym trailerze. Często nagle wkradają się na główny plan przed orkiestrę, jak w “Millick Meadows” – jednym z pierwszych dużych obszarów, które odblokowujemy.  Kompozytorom bez problemu udało je się jednak także wplątać w znacznie bardziej energiczne melodie bitewne – w “Keves Battle” stanowią praktycznie główne danie, a końcowe części “You Will Know Our Names ~ Finale” zgrabnie łączą flety i elektryczne gitary w jeden duet.

Aranżacje niekorzystające z fletów rzecz jasna też zapadają w pamięci. Nafaszerowane chórami “Moebius” na spokojnie mogłoby pełnić funkcję głównego tematu muzycznego ostatniego bossa, a słyszymy go pierwszy raz już pod koniec powitalnego rozdziału. “Chain Attack” natomiast świetne podbudowuje najczęściej kulminacyjny moment potyczki, choć zdecydowanie nie obraziłbym się za opcję wyłączenia tego utworu podczas najważniejszych momentów fabularnych.

Soundtrack jest olbrzymi, bo liczy około 140 utworów i mógłbym o nim pisać naprawdę długo (oczywiście bardzo szybko wpadłbym wtedy w terytorium spoilerów). To rewelacyjny zbiór muzyki, do którego chętnie będę wracał przez kolejne miesiące. Po fantastycznych OST poprzednich Xenoblade’ów nie spodziewałem się oczywiście niczego innego, jednak i tak czuć, że kompozytorzy pozwolili sobie na sporo eksperymentów, a muzyka serii cały czas ewoluuje.

Z czystym sercem mogę też donieść, że nie zawiódł zachodni oddział Nintendo, a jakości angielskiego dubbingu znacznie bliżej do pierwszej części serii. Aktorów głosowych dobrano świetnie. Pielęgnują chemię zawiązującą się stopniowo między bohaterami i potrafią wydobyć odpowiednio dużo ładunku emocjonalnego w scenach, które tego potrzebują. A mieszanka różnorodnych, głównie brytyjskich, akcentów, na zawsze pozostanie cholernie przyjemnym powiewem świeżości w rynku zdominowanym przez amerykańskie studia dubbingowe. Oczywiście osoby preferujące oryginalne japońskie głosy wciąż znajdą opcję zmiany na nie w menu (tym razem nie trzeba nawet pobierać darmowego DLC z eShopu).

Co przyniesie przyszłość?

Tetsuya Takahashi w swojej wiadomości do fanów potwierdził, że chociaż Xenoblade Chronicles 3 prawdopodobnie nie jest ostatnią częścią serii, to stanowi jednak pewną konkluzję i finał historii zapoczątkowanej w 2010 roku przez pewnego aroganckiego naukowca. Monolith Soft wyrusza więc na nowe wody. Z racji tego raczej nie jest przypadkiem, że i głównym motywem omawianej gry jest pożegnanie wygodnej teraźniejszości, i witanie przyszłości z otwartymi rękoma.

Xenoblade Chronicles 3 ma jednak swoje problemy. Zdecydowanie chciałbym, aby poprowadzono niektóre wątki poboczne w nieco innym kierunku. Cele części misji pobocznych potrafią być nużące i tylko masochiści zdecydują się na sprawdzenie wszystkiego, co świat Aionios ma do zaoferowania bez korzystania od czasu do czasu z internetowych poradników. Wciąż jest to jednak najbardziej dopracowana odsłona serii, której jednocześnie udało się usatysfakcjonować takiego ogromnego fana serii jak ja, i być przystępną dla zupełnych nowicjuszy.

Monolith Soft z Tetsuyą Takahashin na czele zdaje się być w końcu całkowicie usatysfakcjonowane i spełnione swoimi osiągnięciami z serią Xenoblade. Dlatego mam nadzieję, że zespół dotrzyma cichej obietnicy składanej przez zakończenie i niedługo będzie mi dane zobaczyć kolejny zupełnie oryginalny pomysł od tego dewelopera. Nieważne, czy będzie miał on w swoim tytule przedrostek “Xeno”.

Oczywiście zanim się to stanie z chęcią poczęstuję się potwierdzonym na przyszły rok fabularnym DLC do trójki. Pewnie wcześniej czy później otrzymamy też ubłagany port Xenoblade Chronicles X. Xenoblade Chronicles 3 jest prawdopodobnie najlepszą częścią serii. Monolith Soft nie musi więc tym razem próbować przebić samych siebie. Wolałbym zamiast tego zobaczyć coś nowego, może niepewnego, ale ekscytującego. W końcu o to walczyli protagoniści wszystkich trzech części trylogii.


Zakup obowiązkowy!


Producent: Monolith Soft
Wydawca: Nintendo
Data wydania: 29 lipca 2022 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 15 GB
Cena: 249,80 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.