Painkiller: The Black Edition

Czasem dobrze wrócić do tytułów, które ogrywało się laaaata temu.

Painkillera poznałem, gdy miałem pierwszego peceta, i to w klasie maturalnej dwadzieścia lat temu. Oczywiście komp miał być do nauki, ale wiadomo, są ważniejsze rzeczy, w tym zabijanie demonów. Produkcję dorwałem w kiosku, coś kojarzę, że kosztowała raptem 20 złotych. I teraz nie jestem pewny, czy od razu tak została wydana, czy w ramach taniej dystrybucji, gdy byłem na studiach? To akurat detal, ważniejsze jest to, że niestety nie pocieszyłem się nią do końca, bo utknąłem na jednej z fal nazi żołnierzy na jakimś dworcu… Zdaje się, że było to na początku trzeciego rozdziału  z pięciu, więc jeszcze sporo rozwałki było przede mną. Tak sobie teraz myślę, że mogło mi nie przyjść wtedy na myśl, żeby zmienić poziom na łatwy. Wspominam o tym, bo i do takiej zagrywki nawiążę w związku z obecnym podejściem do tej polskiej i kultowej pozycji studia People Can Fly.

O, Ewa dostała “stanik” w DLC, w podstawce piersi zasłaniały jej włosy (oczywiście sztywno przyklejone).

Zanim przejdę do samej rozgrywki, trzeba wyjaśnić, jak w ogóle uruchomić Painkiller: The Black Edition. Gra jest stara i niestety powoduje to pewne problemy. W przypadku Windy plikowi .exe gry trzeba ustawić tryb zgodności z XP, Vistą lub 7-ką. Na Linuksie potrzebny jest starszy Proton, np. 5. Zarówno w przypadku Legiona Go, jak i Steam Decka nie można też uruchomić gry bez zewnętrznego ekranu, który będzie wspierał niską rozdzielczość (640×480). Próba takiego odpalenia skończy się albo czarnym ekranem, albo malutkim ekranem. Na szczęście mój Xiaomi Gaming Monitor 27” ma opcję tej rozdziałki. Po włączeniu gry z obrazem na nim wystarczy zmienić rozdzielczość w menu gry, i potem już śmiga. Ale, zanim w ogóle do tego przystąpicie, warto zrobić jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to wywalenie instalacji Game Spy’a, jeśli go zainstalowaliście, oraz usunięcie jego folderu w katalogu instalacji gry. Warto też dodać fanowskiego patcha. Przede wszystkim poprawia pozostawione w grze bugi oraz daje opcję współczesnych rozdzielczości. Zawartość pobranej paczki wystarczy wkleić do folderu z instalacją gry. Znajdziecie go tutaj: klik.

Screeny są z Decka, bo Legionie nie dało się ich robić, kij wie czemu, nawet w Steamie.

O fabule nie ma wiele do napisania. Główny bohater i jego żona giną w wypadku samochodowym; ona trafiła do nieba, a on utknął w czyśćcu. Nieszczęśnik jednak ma trochę szczęścia, ponieważ pewien anioł daje mu szansę  na dołączenie do ukochanej. Oczywiście pod pewnym warunkiem, a jest nim zabicie czterech generałów piekła i samego Lucyfera – nic wielkiego. Pięć rozdziałów przerywają filmiki, na których jest pokazany jakiś rozwój historii, ale powiem szczerze, że mało z tego zrozumiałem. Raz, że obraz wstawek był w niskiej rozdzielczości, dwa, co gorsze, głosy demonów są wręcz tragicznej jakości, więc mało co można zrozumieć z ich gadki. Poza tym wystarczy nacisnąć jakikolwiek klawisz, a filmik wyłączy się (kilka razy mi się zdarzyło xD) i nie ma w grze opcji, by obejrzeć go ponownie. No ale, nie przyszliśmy tu gadać, tylko wybijać demony i inne szkarady!

I tu trzeba przyznać, że Painkiller, mimo 20 lat na karku, wciąż się broni! Przede wszystkim bardzo dobrze wypadają specjalnie obmyślone dla tej gry bronie. Karabin na shurikeny czy kołkownica na zawsze zostaną w pamięci jako ciekawe alternatywy dla widzianych już wielokrotnie danych typów broni palnej. Dodatkowo dobrze współgra w nich strzał alternatywny, jak naboje mrożące przy shotgunie czy rakietnica przy minigunie, co pozwala sprawniej zarządzać ekwipunkiem podczas kolejnych fal przeciwników. Typów wrogów jest całkiem sporo i każdy z nich inaczej reaguje na daną broń, więc lecenie z jednym typem przez całą gromadę nie jest najlepszym pomysłem. Zresztą ilość amunicji nieraz zrewiduje nasze wstępne plany. Przeciwnicy najczęściej pojawiają się grupowo i powiedziałbym, że jest ich maks dziesięć na raz. Gdy tylko jakiegoś wroga ubijemy, dość szybko pojawia się kolejny, więc póki nie wyczerpiemy puli, mamy ręce pełne roboty.

Trochę czasu spędziłem też w trybie FPS, po przyzwyczajeniu rozwałka szła całkiem sprawnie.

Gra na normalnym poziomie trudności jest odpowiednio zbalansowana – nie jest za trudno, ale też można co jakiś czas zginąć. Gdy padniemy pod naporem wroga, odradzamy się w check pointcie i trzeba powtórzyć całą grupę, a jeśli zboczymy ze ścieżki, możemy nawet nie mieć tymczasowego zapisu i porażka będzie wymagała powtórzenia większego kawałka. Raz się nieźle wrąbałem, bo zamiast pójść do pentagramu z zapisem, poszedłem w bok, a tam czekała grupa dość mocnych wrogów na dość ciasnej przestrzeni. Nie dość, że lepszej amunicji było mało, to jeszcze miałem może 10 punktów życia i resztkę pancerza. Powiem szczerze, że nie jestem pewny, jak mi to wyszło, ale rozwaliłem wszystkich i jeszcze miałem 4 HP – duma że hej! Pewnego rodzaju ułatwieniem w trudnych sytuacjach jest zmiana w demona. Daniel widzi wtedy wszystko w czerni, bieli i czerwieni. Czerwoni są wrogowie i wystarczy raz ich trafić, aby padli, więc nieraz uzbieranie 60 dusz w odpowiednim czasie może nam uratować tyłek. Pomocą mają być też karty tarota, ale zdobycie ich nie jest łatwe. Każda plansza ma przypisane zadanie, np. znaleźć wszystkie sekrety, zamienić się w demona kilka razy czy zabić bossa w danym czasie. Kilka z nich mi wpadło, np. więcej HP czy dłuższa przemiana i rzeczywiście uruchomienie tych bonusów (domyślnie raz w trakcie poziomu) bywało pomocne. Dodatkowo w każdym momencie można zrobić zapis, co przydało mi się z trzy razy, w tym na ostatnim przeciwniku. A skoro o bossach mowa, to również są ciekawie zaprojektowani i walka z nimi potrafi wymóc kilka podejść (ale i tak najwięcej miałem przy pierwszym, który atakował tornadem, które ciężko było go uniknąć).

Drugi boss – potwór z bagien.

Niestety jak walka jest satysfakcjonująca, tak starością trąci przeczesywanie poziomów. Mapy są dość spore i niby tak zaprojektowane, że ścieżki są widoczne, dodatkowo strzałka ma pozwalać znaleźć następny check point po wybiciu wrogów. Zdarzają się jednak momenty, gdy trzeba łazić za jednym zabłąkanym wrogiem lub można zgubić się wśród hangarów czy ruin. To jednak mała niedogodność przy tym, jak upierdliwe jest zbieranie złotych monet (waluta jest potrzebna do ustawiania kart tarota). Znajdują się w różnych skrzyniach, wazach i innych tego typu elementach otoczenia. Każdy jeden taki przedmiot nie dość, że trzeba zniszczyć, to jeszcze należy biegać za rozsypującymi się wokół monetami. W przypadku grania na gałkach analogowych dodatkowym utrudnieniem jest utrzymanie prostej linii, gdy chce się gdzieś wskoczyć. Skoków trochę jest, szczególnie gdy chce się pozbierać wszystkie sekrety. Raz próbowałem dostać się na jeden mur, który prowadził do skarbu i po kilkunastu próbach odpuściłem sobie…

Całą podstawkę Painkillera przeszedłem na Legionie Go. Mniej więcej połowę czasu spędziłem z kontrolerami handhelda, a drugą z klawiaturą i myszką. Druga metoda jest oczywiście wygodniejsza, ale na pierwszą też nie mogłem narzekać, gdy już przypisałem sobie przyciski do danych akcji. Gra śmigała w ponad dwustu klatkach na sekundę, a tekstury ustawione na 1080p wyglądały bardzo dobrze nawet po tylu latach. Ba, jest nawet kilka miejsc, w których widać, ile People Can Fly włożyli pracy w różne detale, np. płaskorzeźby. Bateria starczała na przynajmniej cztery godziny, chyba 17 TDP miałem ustawione, ale to już sami potestujecie, bo gdy grałem, Go miał jeszcze problem z własnymi ustawieniami poboru prądu procesora.

Odpaliłem też grę na Steam Decku, żeby zobaczyć, jak się gra na nim. Rozgrywka nie była łatwa, bo wyższość gałek Legiona Go nad deckowymi jest bardzo duża. Niby żyroskop w sprzęcie Valve powinien mi pomóc, ale byłem już tak przyzwyczajony do sterowania bez niego, że zapominałem, że teraz mam tę opcję. Jednak jeśli chcecie grać na Decku, to i na nim produkcja po wspomnianych na początku zabawach z uruchomieniem śmiga i wygląda bardzo dobrze.

Na Decku też próbowałem podejść do dołączanego do Painkiller: Black Edition dodatku Battle out of Hell. Jest to bezpośredni ciąg dalszy podstawki i cóż, nie dane mi było go ukończyć. Nawet lepiej –odpadłem już w pierwszej planszy… Najpierw trzeba rozwalić wszystkie opętane dzieci w piekielnym sierocińcu i kurna, powiem Wam, że te dzieciaki to prawdziwe demony, szczególnie chłopcy z nożami. Nie dość, że z trzy strzały w ciało z shotguna są potrzebne, żeby rozwalić im głowy, to potem drugie tyle, żeby reszta ciała się poddała… W pewnym momencie trafiłem do ciasnego pomieszczenia, gdzie dopadło mnie z pięciu takich gnojków i oczywiście padłem. Nie chciało mi się bawić na łatwym poziomie, więc odpuściłem. Ale polecam Wam sprawdzić, czy pójdzie Wam lepiej.

Wspomniane trudne do ubicia creepy gnojki…

Tak właściwie to nie planowałem wracać do Painkillera. Ale któregoś dnia Wulgarny Gracz wrzucił tłita o tej grze i sobie przypomniałem, jak to utknąłem w niej dwie dekady temu. Kilka dni później wpadł festyn FPS-ów na Steamie i chyba za 8 złotych zamiast 42 można było wziąć Black Edition. Jako że byłem w fazie testów Legiona Go i przeszedłem już Shadow Warriora 2, miałem ochotę na więcej strzelania i to był dobry wybór. Pomijając żmudne zbieranie kasy, trochę błądzenia i wstępnego babrania się z uruchomieniem gry, generalnie bawiłem się bardzo dobrze przy tym, można już powiedzieć, starociu. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji sprawdzić tego polskiego klasyka, a lubicie FPS-y, to zdecydowanie polecam. Natomiast jeśli już w niego graliście, a lubicie wracać do gier, to rozwalanie demonów ponownie powinno dać Wam sporo frajdy. W promocji czy bez, warto zgrać.


Polecamy!


Producent: People Can Fly
Wydawca: Prime Matter
Data wydania: 12 kwietnia 2004 r. (PC)
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 14 GB
Cena: 42,22 PLN (Steam)
Platformy: PC

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *