Lost in Random: The Eternal Die

Wiecznie żywa, burtonowska estetyka przechodzi z podstarzałej konwencji action-adventure w (jeszcze) modnego rougelike’a. Jak wyszło?

Pierwsze Lost in Random było dla mnie grą wyjątkową – pełną duszy, powołującą do życia galerię barwnych postaci z rozbitym na sześć intrygujących lokacji światem, lecz jednocześnie gameplayowo była niedopracowana. The Eternal Die z kolei oferuje sprawną i wciągającą, zbliżoną do Hadesa rozgrywkę… która nie do końca pasuje do tego uniwersum oraz tej warstwy narracyjnej. Nowa gra z serii to zmiana perspektywy: przyjmujemy rolę Złej Królowej z poprzedniej części, która tym razem została wrzucona do własnego koszmaru i musi przypomnieć sobie, co się stało; napędza ją przy tym chęć zemsty. Koszmar rozgrywa się w mrocznej, wypaczonej wersji epizodów z jej młodości. Koncepcja wydaje się być dość pełna potencjału w zestawieniu z konwencją rougelika: gracz musi powtarzać kolejne etapy koszmaru w kółko, odkrywając poszczególne warstwy prawdy i licząc na wydostanie się z niego. Niestety, dialogi są niezwykle miałkie, przez co nadają się głównie do przeklikania, a koszmarna okazuje się jedynie… powtarzalność.

Zacznijmy od tego, co dobre: Lost in Random to bardzo przyjemny i dobrze przemyślany hack’n’slash. Dynamiczne walki rozgrywają się na wąskich arenach, ale obfitujących w elementy środowiska, które można wykorzystać. Możemy więc popchnąć przeciwnika na zabójcze kolce, chować się za zasłonami, a nawet wykorzystać otoczenie tak, żeby zrobić sobie tower defense. Mamy do dyspozycji cztery rodzaje broni, które można też modyfikować w miarę zdobywania waluty z kolejnych prób przejścia. Dostępne są: dystansowy łuk, potężna i powolna maczugę, szybki i sprawny miecz oraz włócznia, która pozwala połączyć atak z dashem. Broń biała to nie jest jedyny składnik naszego arsenału: mamy też do dyspozycji rzuty kostką, których skutki zależą od wyrzuconej liczby oraz kartę, która jest domyślnym atakiem specjalnym, na ogół wiążącym się z nadawaniem jakiegoś statusu (osłabienie, trucizna, chwilowe zatrzymanie czasu, etc.). Elastyczne wachlowanie każdym z rodzajów broni jest nie tylko pomocne, ale wręcz konieczne, by przetrwać natarcie fali wrogów. Tym bardziej, że oferowane po każdej ukończonej komnacie ulepszenia pozwalają sprytnie połączyć ze sobą wszystkie rodzaje ataków.

Każdy z czterech poziomów wygląda zupełnie inaczej i jest wypełniony innymi wrogami, logarytmicznie rosnącymi pod względem poziomu trudności. Na każdym jednak spotkamy zbliżone, generowane proceduralnie komnaty: pomieszczenia z wrogami, wyzwanie z kostkami (rzut determinuje albo siłę przeciwników, albo otrzymaną nagrodę), pomieszczenie wypełnione monetami, możliwość zmiany karty, sprzedawcę, możliwość uleczenia się (stosunkowo rzadko spotykana) czy szansę uzyskania dodatkowego artefaktu wzmacniającego siły bojowe. Z kolei po przejściu każdej komnaty dostajemy wybór między jedną z dwóch nagród: może to być uleczenie, zyskanie jakiejś waluty, zwiększenie życia lub właśnie wybór artefaktu. Artefakty na ogół wiążą się z podwyższeniem szansy na atak jakimś żywiołem, szansy krytycznej, siły ataku w konkretnych okolicznościach – kluczem do sukcesu jest wybieranie takich, które wejdą ze sobą w zabójczą synergię i będą się sprawdzać uniwersalnie. Dodatkowym „smaczkiem” jest konieczność układania ich na małej planszy tak, by zmatchować trzy kolorystycznie, co pozwoli wzmocnić statystyki z danej kategorii.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kilka elementów, które sprawiają, że Lost in Random: The Eternal Die jest może i dobrym hack’n’slashem, ale średnim rougelike’iem. Po pierwsze, artefakty zdobywane podczas runów nie pozwalają na zbudowanie drastycznie odmiennych od siebie buildów. Nie ma możliwości np. zwiększenia dystansu czy rozproszenia ataków, niewiele jest też przedmiotów zwiększających zdolności defensywne: optymalną ścieżką jest zawsze nawarstwianie efektów dających pasywne obrażenia. Dodatkowym problemem jest fakt, że bossowie każdej z lokacji oraz kolejność obszarów są z góry ustaleni i nie ma nawet drobnej wariacji w nich, do tego są do siebie stosunkowo podobni – pokonywanie po raz 20 dziadów z pierwszej lokacji tylko dlatego, że final boss jest strasznie trudny, to cierpienie. Cierpienie, które dodatkowo zostaje pogłębione… przypadkowością. Jest to teoretycznie zgodne z zamysłem gry i formułą gatunkową, niemniej jednak bywają takie podejścia, które pozwalają na uleczanie się co chwilę, a są i takie, gdzie dopiero w trzeciej lokacji zdobędziemy coś, co nas uratuje przed wykrwawieniem. Bywa, że już po pierwszym obszarze jesteśmy naładowani superefektami, ale czasami gra karmi nas też marnymi punkcikami i nie pozwala jakkolwiek progresować. Moim zdaniem powinno być to trochę lepiej zbalansowane, nawet jeśli ogólne ulepszenia, które możemy zdobyć pomiędzy runami, szybko poprawiają zdolności bojowe.

Pomimo niedostatków, rozgrywka wciąga, w czym bardzo pomaga śliczna oprawa. Animacja jest bardzo płynna, a świat w klimacie mrocznej baśni ożywa na naszych oczach także dzięki odpowiedniej ścieżce dźwiękowej. Nie ma mowy o „przemalowywaniu” przeciwników – każdy z oponentów ma unikatowy design, który dodatkowo pasuje do klimatu danej lokacji. Plusem jest też przejrzyste i intuicyjne oznaczanie ataków oraz ich zasięgu. Do tego przyjemne głupotki, takie jak zbieranie strojów, które także odblokowuje kolejne fabularne „kąski”.

Podsumowując, Lost in Random: The Eternal Die to bardzo sympatyczny hack’n’slash, który dzięki sprytnemu systemowi zdobywania ulepszeń po każdej potyczce pozwala na tworzenie niezwykle satysfakcjonujących, synergicznych buildów. Jednocześnie powtarzalność runów i bardzo ograniczone zróżnicowanie w zakresie możliwych stylów rozgrywki sprawia, że formuła rougelike’a wydaje się w tym przypadku błędem. Gra jest śliczna i nastrojowa, ale brakuje dopełnienia estetyki jakąś ciekawą treścią. Można się za to zabrać, ale w żadnej mierze nie jest to pozycja obowiązkowa.


Trudno powiedzieć


Serdecznie dziękujemy Thunderful Publishing
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry.


Producent: Stormteller Games
Wydawca: Thunderful Publishing
Data wydania: 17. czerwca 2025
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 2.4 GB
Cena: 79 PLN
Platformy: Nintendo Switch, PC, PS5, Xbox Series S/X

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *