INDIKA
Gra idealna dla przeciętnego użytkownika letterboxd.

Indika już na pierwszy rzut oka wyróżnia się zarówno kierunkiem artystycznym, jak i umiejscowieniem akcji. Jest to bowiem rozgrywający się w XIX-wiecznej Rosji symulator chodzenia z zakonnicą jako główną bohaterką. Natomiast oprawa graficzna od razu przywołuje na myśl filmy Bergmana i Tarkowskiego (patrz: „Andriej Rublow”). Pomysł spotkania się słuchającej podszeptów diabła zakonnicy i wierzącego w bożą opatrzność skazańca z jednej strony brzmi jak opis anime, ale z drugiej strony niczym ponadczasowy motyw Zderzenia Postaw Życiowych. Większość rozgrywki to wędrówka w poszukiwaniu cudu, który mógłby zweryfikować prawdę, a większość dialogów – dysputa o kluczowych dla religii zagadnieniach takich jak wolna wola czy natura zła. Niektórzy zarzucają Indice płytkość teologicznej dysputy – natomiast ja odczytuję tę grę raczej jako historię o konkretnych bohaterach, Indice i Ilyi, i procesie rozczarowywania się światem oraz odkrywania, że nie ma prawdy absolutnej, a nie o samej religii.

Ten motyw przewodni twórcy wplatają nie tylko w ładne, czarno-białe kadry, ale też całkiem pomysłowe fragmenty gameplayowe. Tym bardziej dziwi, że niektóre pomysły są przez twórców ledwo wykorzystane – w tym taki as w rękawie, jak niezwykle ciekawa mechanika rozpadu świata. Kiedy podszepty diabła stają się zbyt trudne do zniesienia, świat Indiki rozdziera się na kawałki. By ponownie złożyć go w całość, musi się modlić – przejść dalej da się jednak tylko łącząc ścieżki z obydwu światów. Nieustający diabelski chichot i obezwładniająco czerwony kolor tworzą osaczające wrażenie. Choćby po to, by się go pozbyć, ma się ochotę jak najszybciej „wymodlić” koniec tego fragmentu – a jednak nie można. Niestety, mechanizm rozpadu został wykorzystany w dosłownie dwóch monetach w grze, a w pozostałych twórcy woleli postawić na nudne i staromodne przesuwanie pudełek…

To jednak nie koniec ciekawych pomysłów Indiki. Słuchanie diabła prowadzi np. do utraty punktów świętości, które możemy zdobywać, zapalając światełka w kaplicach, wypełniając polecenia przełożonych oraz odnajdując religijne pisma i ikony. Dzięki punktom możemy zwiększać poziom Wstydu, Pokory, Winy i innych religijnych przyjemności. Do czego one się przydają? Do szybszego zdobywania kolejnych punktów, rzecz jasna. Gra od początku nie ukrywa, że system punktacji jest zupełnie nieznaczący, a jednak instynkt gracza każe te punkty zdobywać i smucić się po ich utracie. To dla mnie zdecydowanie najsilniejszy retorycznie element mechaniki. Kolejnym interesującym pomysłem jest poznawanie przeszłości Indiki poprzez kolorowe, pixelartowe minigierki w klimacie arcade. Buchająca z ekranu feeria barw kontrastuje z mroźnym, surowym pięknem i trudem większości rozgrywki. Same minigierki są raczej uciążliwością – pomimo korzystania z bardzo klastycznych mechanik mają w sobie coś, co sprawia, że nieprzyjemnie się w nie gra. Jednak ich rola narracyjna sprawia, że byłam skłonna to wybaczyć.

To, co opisałam, to jednak co najwyżej 1/5 rozgrywki. Cała reszta to symulator chodzenia z prostymi zagadkami środowiskowymi. W rezultacie odczuwa się pewien dysonans, uprawiając parkour zakonnicą po rosyjskim miasteczku albo obsługując maszyny budowlane. To jeszcze można obronić, bo taki absurd wpisywałby się w surrealistyczny ton gry, która potrafi umiejscowić akcję w fabryce konserw, w której wiszące rybie truchła są po kilkukroć większe niż postaci lub oprzeć zagadkę na iluzji optycznej. Nie wszystkie rozwiązania jednak wpisują się w tę interpretację — trafiły się też ze dwa rozdziały niesamowicie koślawej jazdy motocyklem, zupełnie nie wiadomo w jakim celu dodane.

Powołany do życia wizualiami świat jest niesamowity, a kadry wyraziście filmowe: lód, śnieg, opuszczone wioski, wojna w tle… Świat niby żyje, ale jest dla bohaterki zamknięty, nawet po opuszczeniu murów zakonnych. Rzecz jasna, na każdym innym sprzęcie będzie wyglądać to lepiej, ale moim zdaniem wersja na Switcha się broni — przez większość czasu, bo są momenty, kiedy gra zaczyna nagle razić kanciastością i rozmytym obrazem jednocześnie, zwłaszcza podczas nieszczęsnych sekwencji motocyklowych. Dzięki wyrazistemu kierunkowi artystycznemu i tak robi wrażenie (czerń i biel, przemyślane kadrowanie oraz elementy surrealistyczne). Podbija to dodatkowo strona audio – bazująca bardziej na odgłosach otoczenia niż muzyce, niebojąca się korzystać z ciszy, a przy tym korzystająca z wyrazistych dźwięków (industrialny trzask maszyn, dźwięk pękającego lodu). Można wybrać sobie rosyjski dubbing, ale wtedy jest ryzyko, że nie załadują nam się w kluczowym momencie napisy, co jest bardzo dużym problemem technicznym. Szkoda, bo moim zdaniem jest lepszy, zwłaszcza głos Diabła (który po angielsku brzmi raczej jak głos klauna).

Podsumowując, twórcom zdecydowanie nie brakowało pomysłów, zabrakło jednak im umiejętności ich selekcji, która połączyłaby warstwę tematyczną i gameplayową i przekształciła Indikę w prawdziwe dzieło sztuki. Niemniej jednak to i tak jedna z ciekawszych rzeczy, w jakie grałam w tym roku. Mogę polecić każdemu, kto poszukuje „filmowego doświadczenia”, ale z nurtu bardziej arthouse’owego.

Serdecznie dziękujemy 11 bit studios
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry.
Producent: Odd Meter
Wydawca: 11 bit studios
Data wydania: 17. listopada 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 11.3 GB
Cena: 99 PLN
Platformy: Nintendo Switch, Nintendo Switch 2, PlayStation 5, Xbox Series S/X, PC

























Najnowsze komentarze