Super Mario Galaxy Film
Kinowe uniwersum Nintendo – runda druga.
Po pierwszym filmie Super Mario Bros. wyszedłem z kina relatywnie zadowolony. Jasne, film animowany przygotowany przez Illumination Entertainment we współpracy z Nintendo był raczej bezpiecznym produktem marketingowo-podobnym, ale pamiętając jak słabo filmowcy radzą sobie praktycznie zawsze z adaptacją gier video na duży ekran, taki zabawny „średniaczek” był i tak raczej pozytywnym zaskoczeniem. Filmowi temu sporo można było wybaczyć, ale jednocześnie w głowie zaczęła mi się wykluwać nadzieja na to, że przy kolejnym podejściu do marki studio pozwoli sobie na nieco więcej odwagi i eksperymentów w Grzybowym Królestwie.
Pierwsze zwiastuny Super Mario Galaxy Film napawały mnie nawet lekkim optymizmem. Po pierwsze – sam pomysł na adaptację konkretnej i do dzisiaj chyba najlepszej przygody Mario dawał nadzieję na historię nieco bardziej skupioną na konkretnym pomyśle, zamiast na skakaniu z jednego pomysłu do drugiego w celu odhaczenia jak największej ilości nawiązań do całej serii gier z hydraulikiem. Po drugie – trailery zdawały się obiecywać film jeszcze bardziej komediowy. Duet reżyserski Aarona Horvatha i Michaela Jelenica wydaje się czuć w takiej konwencji jak ryba w wodzie, co widać było po ich całkiem udanych Młodych Tytanach: Akcja! Film. Jednak raczej przestałem robić sobie nadzieję na to, że filmy z Mario kiedykolwiek dorównają jakością najlepszym filmom animowanym. Ale gdyby zamiast tego otrzymać udaną komedię dla całej rodziny w galaktycznej otoczce? Czemu nie.
Niestety, mój i tak niski entuzjazm całkowicie zanikł po opuszczeniu sali. Super Mario Galaxy Film okazał się być dla mnie olbrzymim zawodem i filmem znacznie bardziej chaotycznym i pozbawionym jakiejkolwiek wartości emocjonalnej niż część pierwsza.

Zacznijmy od zalet. Pod względem technicznym film wygląda naprawdę dobrze. Czuć, że Illumination wykorzystało ostatnie sukcesy do znacznego poprawienia jakości wizualnej swoich animacji, a w Super Mario Galaxy Film nie brakuje naprawdę ładnych momentów (na początku filmu możemy podziwiać naprawdę przyjemną dla oka sekwencję nawiązującą do Star Festival) oraz całkiem nieźle zanimowanych scen walki (pierwsza potyczka między braćmi Mario a Bowserem Jr.). Muzyka Briana Tylera świetnie reinterpretuje klasyczne motywy z gier Super Mario Galaxy i tym razem ścieżka nie jest w końcu przerywana co chwilę przez utwory na licencji.
Nie da się też zbytnio przyczepić do aktorów podkładających głosy postaciom. Chris Pratt jako Mario wciąż budzi u mnie raczej ambiwalentne uczucia, ale już Charlie Day w roli Luigiego dzięki dłuższemu czasowi ekranowemu może bardziej popisać się swoimi możliwościami komediowymi. Bowser Jr. z dużo niższym głosem Benny’ego Safdiego różni się od wersji postaci jaką znamy z gier, ale finalnie ta interpretacja mnie kupiła. Turbofanka Nintendo Brie Larson także wypada dobrze w roli Rosaliny, nawet jeśli nie musiała spędzić w budce nagraniowej zbyt dużo czasu (o tym za chwilę). No i w końcu mamy także Donalda Glovera, który ewidentnie miał mnóstwo frajdy podczas wydawania z siebie głosów Yoshiego.
Wszystkie te dobre wybory obsadowe jednak zdają się na nic, gdy mamy do czynienia z filmem, którego scenariusz zdaje się być wyłącznie kolekcją krótkich scenek będących odniesieniami do gier Nintendo. Trzeba je było jednak ze sobą połączyć, a posłużyła do tego niezbyt interesująca wata. Trzon fabuły opiera się na Peach (Anya Taylor Joy), która po otrzymaniu wiadomości o schwytaniu Rosaliny przez Bowsera Jr. wyrusza na jej ratunek. Niedługo po tym jej śladami podążają Mario, Luigi, zreformowany Bowser (Jack Black) oraz Yoshi, którzy postanowili wesprzeć Księżniczkę po bezpośrednim ataku syna Bowsera na Grzybowe Królestwo.

Jak na film obiecujący w tytule adaptowanie gier z serii Galaxy, to wyjątkowo mało tutaj międzygalaktycznej podróży. Położenie planety Bowsera Jr. wydaje się być dla naszych bohaterów oczywiste, a jedyną przeszkodą w uratowaniu Rosaliny okazuje się być znalezienie transportu oraz walka z samą armią Bowsera Jr. Jeśli liczyliście na film, w którym drużynie przyjdzie odkrywać kolejne magiczne i interesujące galaktyki, to obejdziecie się smakiem. Znalazło się jednak miejsce na nawiązania do innych gier z Mario, jak chociażby Odyssey czy Yoshi’s Island, a nawet innych marek Nintendo. Multiwersum jest już na tyle akceptowalnym dla przeciętnego widza konceptem, że scenarzyści nie widzieli problemu w tym, aby do filmu wprowadzić chociażby Foxa McClouda (Glen Powell).
I uwierzcie mi, nie jestem wcale jakimś ogromnym filmowym snobem, który w wolnym czasie ogląda antologię filmów Kieślowskiego, posiada subskrypcję Mubi, przegląda Letterboxa i chodzi do kin studyjnych na irańskie polityczne dramaty… Znaczy, robię to wszystko, ale uważam też, że w kinie jest także miejsce dla lekkich i przyjemnych blockbusterów. Super Mario Galaxy Film nie ma jednak absolutnie nic do zaoferowania widzowi poza lawiną nawiązań i mrugnięć okiem, które zauważą głównie najwięksi fani Nintendo. Rozumiem, że takie zabiegi są dobrym sposobem na zachęcenie fanów do zakupu biletów (pewnie dlatego Nintendo ujawniło obecność Foxa w filmie kilka dni przed oficjalną premierą), ale nie muszą one wykluczać ciekawego poprowadzenia rozwoju postaci.
Ten brak chęci do popchnięcia charakterów w jakimkolwiek kierunku uważam za największy grzech filmu. W pierwszy filmie Super Mario Bros. mieliśmy chociażby bardzo prosty, ale jednak obecny wątek, w którym Mario próbuje udowodnić swoją wartość przed ojcem. W sequelu postacie nie posiadają jednak żadnego znaczącego rozwoju i skaczą tylko z miejsca na miejsce, aby przedstawić kolejną znaną lokację lub sytuację odzwierciedlającą wydarzenia z gier. Widać tutaj zalążki pomysłów – np. Mario zauroczony Peach czy konflikt między Toadem (Keegan-Michael Key) a Yoshim, ale finalnie nie posiadają one praktycznie żadnego znaczącego domknięcia. Najgorszym zawodem okazuje się być relacja między Bowserem i Bowserem Jr., która w pierwszej połowie filmu faktycznie wydaje się być bardziej skomplikowana, ale finalnie ewentualny konflikt między tymi postaciami zostaje szybko rozwiązany bez żadnego zapadającego w pamięć pay-offu lub lekcji dla widza.

Nawet po zejściu z kinofilskiego piedestału nie mogę niestety napisać, aby Super Mario Galaxy Film zadowolił mnie jako fana Nintendo. Rosalina została oddelegowana na dalszy plan i po wprowadzającej scenie praktycznie znika z filmu aż do zakończenia. Rozpoznałem postacie znane mi z gier, ale co z tego, skoro nie biorą one udziału w żadnej spektakularnej sekwencji, którą następnie miałbym ochotę sobie przypomnieć klipem na YouTubie. Liczyłem, że chociaż główny bohater Star Foxa dostanie jakąś ekscytującą scenę walki w przestrzeni kosmicznej, która przywodziłaby na myśl Top Guna, ale jego Arwing szybko zostaje uziemiony, a mi pozostaje mieć nadzieję, że postać zostanie kiedyś w pełni wykorzystana w potencjalnym sequelu lub własnym filmie.
Super Mario Galaxy Film to po prostu produkt miałki, rzucający widza z miejsca na miejsce bez działającej fabularnej tkanki, która byłaby w stanie cały ten chaos uporządkować. Widziałem w życiu wiele złych filmów, jednak zazwyczaj ich niska jakość wynikała z problemów produkcyjnych, brakach w warsztacie twórców lub obu tych problemów. Super Mario Galaxy Film wydaje się być jednak dokładnie taki, jakiego wymarzyli go sobie twórcy – bezkonfliktowy, pędzący na zabój przed siebie, aby zareklamować jak największą liczbę produktów Nintendo i rozstawić klocki pod kolejne sequele i spin-offy. I pod tym względem będzie pewnie kolejnym sukcesem. Film swoje już zarobił, dzieciaki po wyjściu z kina przekonają rodziców do zakupu zestawu obu zremasterowanych części Super Mario Galaxy, a potencjalna nowa gra ze Star Foxem otrzyma na starcie potrzebny marketingowy zastrzyk energii. Jeśli jednak każdy kolejny film na podstawie marki Nintendo ma działać na podobnych założeniach, to boję się myśleć, co Avi Arad zrobi z moją ukochaną Zeldą w przyszłym roku…








Najnowsze komentarze