Forza Horizon 6
Dużo małych nowości
Fryta: Po niezbyt przychylnym akapicie dla developerów, dla równowagi teraz powinno wjechać coś bardziej dla nich pozytywnego. Niestety, przyszła kolej na najważniejszy chyba aspekt naszej recenzji, czyli nowości. Złośliwi raczej napiszą, że brak nowości, ale może masz odmienne zdanie?
Krowen: Bynajmniej. Gracze którzy znają poprzednie części tylko powierzchownie, mogą zmian nawet nie zauważyć. Z perspektywy gracza, który potrafił godzinami szlifować wynik w jednej strefie driftu, bardzo bolą mnie zmiany w strefach umiejętności. Dawniej trzeba było bardzo na siebie uważać, by nie zjechać z drogi – bo tam drift nie nabijał nam punktów, a próba strefy prędkości była po prostu przerywana. W najnowszej części Forzy Horizon twórcy odpięli wrotki – asfalt to tylko sugestia, a zakręty można ścinać bezkarnie nie tracąc prędkości. To efektywnie zabiło całą radość z żyłowania wyników, a stało się bezdusznym punktem do odhaczenia na liście „do zrobienia”. Szkoda, bo japońskie górskie i kręte drogi to idealny materiał na długie sesje jazdy bokiem (Polacy zrobili nawet o tym grę).

Ktoś kreatywny z dużą ilością czasu może podrasować wygląd nie tylko aut, ale też garażu czy jednej z posiadłości. A za jedno z malowań na obrazku Nintendo już wysyła prawników.
O świecących pustkami zlotach już wspomniałeś, ale niewykorzystaną szansą są dla mnie wyścigi Togue. Pojedynki 1v1 po górskich przełęczach aż proszą się, by wprowadzić do niej trochę więcej emocji. Niby auta przeciwników są przerobione, ale nie mamy na nie absolutnie żadnej ekspozycji, zero prezentacji. O tym, by wprowadzić tam jakieś „osoby” które prowokowałyby gracza, albo by móc te bryki w wyścigach wygrać – nawet nie wspomnę. Robiła to pierwsza Forza Horizon, ba, 20 lat temu robił to Need for Speed Carbon.
W Forzie Horizon 6 jednak cieszą detale. Modyfikacja garażu czy specjalnej posiadłości to rzecz dla fanów Simsów – ja raczej korzystam tutaj z dzieł społeczności. W trakcie jazdy dowolnej możemy wjechać na tor i tak po prostu – bez loadingów czy dodatkowych menusów – kręcić czas okrążenia. Wreszcie dodano radar, więc ścigając się z kumplami nie mogę już mówić „ Sorry, nie widziałem Cię”, uniemożliwiając wyprzedzanie. A i krążąc po świecie da się ogarnąć autka taniej – przy drodze można spotkać „używane” auta z odpowiednią przeceną. Trzeba jednak wziąć poprawkę, że to narzekania starego dziada, który nie mogąc się doczekać premiery szóstki ograł wszystkie części serii. Miałem chyba złudną nadzieję, że porzucenie Xboxa One da nam jakąś rewolucję.
Fryta: Nic dodać, nic ująć. Wspomniane przez Ciebie wyścigi Togue możemy jednak raczej dołożyć do poprzedniego akapitu niewykorzystanych szans na lepszą prezentację klimatu japońskiej motoryzacji. Fajne w nich jest to, że na niezwykle krętych serpentynach do głosu muszą wreszcie dojść dobrze dobrane ogumienie oraz hamulce, co jest nowością w serii zazwyczaj premiującej moc ponad wszystko. Niefajne za to jest, że często zdarzali mi się rywale wypadający z wysokiej skarpy już na pierwszym zakręcie, przez co jazdę do mety przychodziło mi kontynuować w pojedynkę z racji rozłączającego się rywala. W przypadku rywalizacji z komputerem z kolei wystarczyło go na pierwszym winklu wypchnąć… No, ale przecież nikt nie każe nam skupiać swojej uwagi tylko na tym rodzaju aktywności, a narzekać z powodu jego implementacji nie będziemy. A brakującej drogi poszukaj na bocznych, szutrowych szlakach!
Krowen: Już znalazłem, ostatnia aktualizacja wprowadziła dodatkowe statystyki które pomogły mi odnaleźć zaginioną owieczkę 🙂
Endgame i zabawa online

Trial może nastręczać problemów – sam wyścigu nie wygrasz.
Krowen: Ukończywszy grę w singlu po około 40 godzinach, po zdobyciu wszystkich zwycięstw, rozbiciu tablic i przejechanych niemal wszystkich drogach (brakuje mi jednej, za nic nie mogę jej znaleźć) pojawia się pytanie: „Co dalej?”. Główne odpowiedzi są dwie – playlisty festiwalowe oraz tryby online. Playlisty można traktować, de facto, jako tygodniowe wyzwania, za które odblokowujemy unikalne auta niedostępne nigdzie indziej. Zazwyczaj nie ma tutaj nic specjalnego, ot wariacje na temat znanych z singla zawodów. Dla przykładu: ukończ konkretny wyścig rajdówką z lat 80. o randze mocy B lub skocz na 102 metry starym Golfem. Bardzo dobrą decyzją twórców jest synchronizacja playlist ze zmieniającymi się porami roku w Japonii – te realnie wprowadzają różnicę w krajobrazie czy prowadzonych nawierzchniach, trzeba więc wziąć mocną poprawkę na panujące warunki.
Po pierwszym miesiącu wreszcie dostaliśmy „Trial”, czyli serię wyścigów 6v6, w których gracze ścigają się z botami na najwyższym poziomie trudności. Tutaj jest już ciężko, ponieważ, by wygrać, trzeba dość dobrze dobrać tuning, nie popełnić zbyt wiele błędów, a także współpracować z innymi graczami. Już od czwórki, tydzień w tydzień jeżdżę z tą samą ekipą, więc niemal zawsze mamy pełne lobby, ale grając samotnie jest to ogromne wyzwanie – ludzie nie tuningują swoich aut, więc jedyną szansą jest wyprzedzenie całej stawki i zastawianie botów tak dobrze, jak to tylko możliwe. Poza tym playlista nie stanowi większego wyzwania – takie tam trochę zawartości co tydzień, by utrzymać graczy pomiędzy większymi aktualizacjami raz w miesiącu. Pierwszy większy update (poza nowymi autami) przyniósł… dodatkowy parking. Liczę jednak, że w przyszłości pojawi się trochę więcej wyścigów – mapa jest duża, więc jest baza do tego.
Moje doświadczenie online jest dość mocno mieszane. Eliminator to taki Fortnite, tylko z autami – zgarniamy bryki z mapy lub grywamy ze znalezionymi graczami 1v1, ale końcowy wyścig do mety to loteria – a wygrywa ten komu się poszczęści być najbliżej mety. Zabawa w chowanego, szczególnie w zorganizowanej grupie wczuwającej się w grę, daje masę frajdy, i chociaż szukany jest raczej na przegranej pozycji, to sama atmosfera poszukiwań i późniejszej gonitwy wynagradza czas spędzony z grą. Bardzo ucieszyła mnie nowość w postaci wyścigów specyfikacji fabrycznej – wszyscy dostają dokładnie takie samo auto i chociaż prowadzenie takich fur bywa często dość problematyczne, to właśnie tutaj liczą się umiejętności (a nie kto ma lepszy tuning). Dobrze też jeździło mi się w zawodach drifterskich, ponieważ wszelkie kolizje z graczami są wyłączone, a my kręcimy najlepszy wynik driftu na okrążenie.

Nie ma rankingów, strefy prędkości i driftu „popsute”, zostaje tylko kręcić czasy na torach – chociaż i tutaj przeważają „meta” buildy.
Mamy też oczywiście standardowe wyścigi drogowe/szutrowe/terenowe w wersjach online, ale na nich dość mocno się zawiodłem. Niestety, nie istnieje jako taki „ranking” graczy, więc ścigamy się z kim popadnie. Dostajemy miks graczy, którzy nie wiedzą do czego służy hamulec, i wyjadaczy, którzy jeżdżą szybciej niż Robert Kubica Driver Błyskawica. Ciężko o wyrównane lobby, gdzie faktycznie wszyscy ścigaliby się na podobnym poziomie. Nie ma też rankingu „bezpieczeństwa” znanego chociażby z Forzy Motorsport, więc regularnie ktoś będzie nas wypychał z toru. W teorii przy dużych różnicach prędkości gra próbuje wyłączyć kolizje, ale „próbuje” jest tutaj słowem kluczowym. Te aspekty efektywnie zabiły moją chęć i radość ze ścigania się z żywymi graczami, ograniczam się więc do cotygodniowego czyszczenia Playlisty ze znajomymi. A jak u Ciebie Fryta, chce Ci się jeszcze ścigać online?
Fryta: Nie chce mi się. Dobiłem do maksymalnego poziomu doświadczenia online i zapał mi gdzieś uciekł. Głównym problemem jest chyba kiepski balans, i to w wielu aspektach. W jednym wyścigu trafiasz na wyjadaczy szanujących reguły wyścigowe, w innym wężykujących po prostej pajaców nie mogących przeżyć, że komuś idzie lepiej. Miałem też chyba dodatkowego pecha podczas sieciowych zmagań, bo tak dużej grupy taranów spychających z toru nie pamiętam z poprzednich odsłon. Do tego dochodzi jakiś dziwny algorytm spowalniania po uderzeniu w ścianę – niejednokrotnie po muśnięciu bandy spowalniało mnie na dłużej niż rywali bezczelnie ładujących się w barierki na prostopadłych zakrętach. Moim zdaniem sporo tutaj jest do poprawy, a szczyt frustracji osiągałem w momencie, gdy rywal w zakręcie bezpardonowo spychał mnie na ścianę, po czym tylko mnie dosięgała kara za jej cmoknięcie.
Światełkiem w tunelu były wyścigi w specyfikacji fabrycznej. W kwestii pomysłu to jest po prostu złoto, ale tylko do momentu aż nie dopadną nas opisane powyżej bolączki towarzyszące ściganiu podrasowanymi furami. Jako ciekawostkę dodam, że polubiłem ten tryb również z powodów wizualnych. Nie jestem jakimś wyszukanym estetą, ale tylko w tym trybie nie jesteśmy zmuszeni oglądać szkaradnych modyfikacji tuningowych dających 0,0001 sekundy przewagi na okrążeniu. Panowie (nie wierzę, że panie są do tego zdolne), czy warto dla takich korzyści oszpecać zazwyczaj przepiękne linie aut wiejskim tuningiem albo np. dwoma różnymi rodzajami kół, jak na jakimś tanim resoraku? Auta to też niejednokrotnie dzieła sztuki, miejcie to proszę na uwadze!
Znużony tymi wszystkimi praktykami przerzuciłem się na uwielbianego przeze mnie w piątce Eliminatora… który w szóstce ogranicza się do zdobycia mocnego SUV-a i prucia w linii prostej przez góry i lasy do celu. Żadnej taktyki, byle mocne i ciężkie auto pozwalające sprawnie wjeżdżać pod górę i ścinać drzewa jak zapałki. Tylko raz udało mi się wygrać bez użycia mocarnej terenówki, ale z racji tego, że była to rajdówka, to różnica w sumie niewielka…
Za to Playlistę Festiwalową czyszczę regularnie, to taki mój czwartkowy rytuał od lat, który bardzo lubię. Szczególnie cieszy mnie powrót wspomnianych przez Ciebie wyścigów „Trial”. Niestety, z racji tego, że jeszcze stosunkowo mało osób bawi się w FH6, a ja na domiar złego nie mam swojej grupy, ich zwycięskie zaliczenie nastręcza trochę problemów. Wiem jednak, że w kolejnych miesiącach będzie tylko lepiej, gdyż pojawi się dużo większa rzesza graczy, a to też oznacza więcej dobrze przygotowanych aut w ich garażach.
Podsumowanie
Fryta: Z racji tego, że po Forzie Horizon 6 nie obiecywałem sobie zbyt wiele, moja opinia nie może być inna niż pozytywna. Od początku spodziewałem się jedynie rozbudowanego DLC, ale te kilka znaczących nowości sprawiło, że otrzymaliśmy ostatecznie pełnoprawny sequel. Wprawdzie radykalnych nowinek jest tu jak na lekarstwo, ale przecież pomiędzy czwórką a piątką było podobnie i nikt szat wówczas nie rozdzierał. Poza tym to najbardziej rozbudowana, najładniejsza (postęp widać szczególnie w odwzorowaniu aut, których podziwianie jest niejednokrotnie ucztą dla oczu), najlepiej brzmiąca (kawałki Linkin Park, Empire of the Sun oraz Tame Impala rządzą po całości!) i najlepiej zoptymalizowana Forza Horizon, ergo najlepsza Forza Horizon w historii. Czuję w kościach, że pomimo mojego psioczenia na pewne aspekty, będzie to mój mocny kandydat do miana gry roku!

Krowen: Ja z kolei chyba obiecywałem sobie po Forzie Horizon w Japonii zbyt wiele. Liczyłem na wielkie święto motoryzacji wywodzącej się z Kraju Kwitnącej Wiśni, a dostałem po prostu świetną inspirowaną Japonią mapę i japońskie radio z ichniejszymi mózgotrzepami. Jeździ się nadal wyśmienicie, bo rdzeń rozgrywki został ten sam, nie mogę więc nie polecić Forzy Horizon 6. Spędziłem w niej już łącznie jakieś 120 godzin, a wiem, że jeszcze kilkaset poleci. Jedyne co powstrzymuje mnie przed jednoznaczną rekomendacją gry dla każdego jest płynność rozgrywki na Steam Decku. Jest pięknie, da się zachwycić nawet na małym ekranie, jednak 30 klatek to nie jest spełnienie marzeń dla fanów dynamicznych wyścigów, gdzie auta pędzą nawet ponad 400 km/h. Jeśli jednak macie coś mocniejszego (z Z1 Extreme) można inwestować czas i pieniądze bez zastanowienia – to najlepsze wyścigi w otwartym świecie od… Forzy Horizon 4. A wcześniej to chyba tylko pierwszy Test Drive Unlimited zasługiwał na to miano.

Fryta serdecznie dziękuje Xbox Polska
za udostępnienie gry i subskrypcji Game Pass
Producent: Playground Games, Turn 10
Wydawca: Xbox Game Studios
Data wydania: 15 maja 2026 r. (wersja premium), 19 maja (wersja standardowa)
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (Xbox)
Waga: 155,66 GB
Cena: 299 PLN
Platformy: PC, Xbox Series S/X
Zapraszamy również do przeczytania tekstu o jakości gry na handheldach PC!




















Najnowsze komentarze