Atelier Ayesha: The Alchemist of Dusk DX

Atelier zawsze było serią, o której sporo słyszałem, lecz nigdy nie miałem okazji poznać. W momencie, gdy seria liczy już ponad dwadzieścia tytułów (i to nie licząc wszelkiego rodzaju spin-offów), nowi gracze mogą czuć się zagubieni i nie do końca wiedzieć, od której odsłony zacząć przygodę z alchemią. Tak się jednak złożyło, że do moich rąk trafiła Atelier Ayesha: The Alchemist of Dusk DX – zremasterowana wersja wydanej oryginalnie na PlayStation 3 w 2012 roku pierwszej części podserii Dusk. Brzmi jak idealny punkt wejścia, prawda?

Główna bohaterka opowieści, Ayesha Altugle, to młoda zielarka żyjąca sama na końcu świata i zarabiająca na życie realizowaniem prostych zamówień na kremy i zioła lecznicze. Większość swojego życia dziewczyna spędziła w towarzystwie swojego dziadka i młodszej siostry – Nio. Starość z czasem zabrała opiekuna, a Nio zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Po latach Ayesha jednak dowiaduje się, że Nio żyje i została uwięziona w nieznanym miejscu. Nieco podstarzały już alchemik – Keithgriff, informuje ją, że Nio nie będzie czekała na ratunek wiecznie, a Ayesha ma trzy lata, zanim jej siostra przepadnie na zawsze. Protagonistce nie zostaje więc nic innego jak porzucić ciepłą chatkę i wyruszyć w świat w poszukiwaniu odpowiedzi.

Świat przedstawiony zostaje tutaj w formie planszy składającej się z masy punktów, które możemy swobodnie eksplorować zbierając nowe surowce, walcząc z potworami i odkrywać kolejne części mapy. Nie brakuje też tutaj oczywiście miast, w których możemy podjąć się niewielkich zleceń, tworzyć nowe przedmioty za pomocą alchemii, wybrać się na zakupy lub wchodzić w interakcje z postaciami pobocznymi i członkami naszego zespołu.

W Atelier Ayesha nie spotkacie ogromnego i epickiego wątku głównego, który kończy się uratowaniem świata lub zabiciem boga przez grupę zirytowanych nastolatków („Looking good, Joker!”). To opowieść znacznie bardziej przyziemna i sielankowa. Ba, gra większy nacisk niż na główny wątek kładzie na rozwijanie znajomości z innymi bohaterami. Twórcy przygotowali ogromną ilość dialogów (niestety, tylko część udźwiękowiono) i często w trakcie poruszania się po mapie lub mieście praktycznie co kilkanaście sekund trafiamy na kolejną scenkę tematyczną, która automatycznie aktywuje się po dotarciu do wyznaczonego miejsca.

Niestety, choć osobiście bardzo lubię, gdy RPG-i stawiają wyższy nacisk na budowanie więzi między postaciami (mmm, pograłbym jeszcze w Fire Emblem), narracja Atelier Ayesha nie zachwyciła. Większość postaci zaczęła mnie szybko irytować, a dialogi nie radziły sobie z utrzymaniem mojej uwagi. Druga połowa gry wypada pod tym względem trochę lepiej, ale i tak gdyby nie fakt, że musiałem napisać tę recenzję, większość dialogów najzwyczajniej bym pomijał. Tyczy się to również protagonistki. Ayesha to postać słodka aż do bólu, zawsze zachwycająca się każdym detalem, rumieniąca się co kilka sekund i naiwnie podchodząca do otaczającego ją świata. Nie byłby to problem zbyt wielki, gdyby w trakcie fabuły zaczęła się zmieniać i dorastać (inne postacie próbują nas przekonać, że tak właśnie się stało). Ayesha po trzech latach poszukiwania siostry to ta sama Ayesha co na początku przygody. Osoby szukające prostego i nieskomplikowanego pretekstu do spędzenia kilkunastu kolejnych godzin w towarzystwie podobnie wyglądających „anime-dziewczynek” będą pewnie narzekać mniej. Po prostu nie miejsce pod tym względem zbyt wysokich oczekiwań.

Znacznie lepiej radzi sobie sama rozgrywka. Alchemia i bezpośrednio powiązana z nią walka potrafią być bardzo wciągające i przyjemne. Ze zebranych lub kupionych surowców w naszej pracowni przygotować możemy praktycznie wszystko. Eliksiry, kremy lecznicze, zbroje, zabawki, pieczywo, ubrania, metal, bomby. Przy wykonywaniu kolejnych przedmiotów chwilę po odblokowaniu przepisów z  zakupionej wcześniej książki można stracić poczucie czasu. Gracze mogą zagłębić się w mechanikę tworzenia, aby dodać wyrobom określone właściwości, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby ludzie mniej cierpliwi mogli uprościć cały proces.

Wytworzone itemy możemy sprzedać lub wykorzystać w trakcie potyczek z potworami. Nasza drużyna składa się zawsze z trzech członków (Ayesha plus dwie inne postacie). Wroga atakujemy naprzemiennie zwykłym ciosem lub atakiem specjalnym, który zużywa nasz pasek MP. Jedyną postacią, która może korzystać z itemów jest Ayesha, co najczęściej sprowadza bohaterkę do roli supporta, podczas gdy reszta drużyny zajmuje się zadawaniem obrażeń. Postacie mogą zmieniać pozycję w trakcie swojej tury, co może zapewnić nie tylko dodatkowe obrażenia, jeśli atakujemy wroga od tyłu, ale też pozwala na wzajemną ochronę lub ataki bohaterów, którzy stoją tuż obok siebie. Daje to naprawdę dobry system walki, który ma do zaoferowania całkiem sporą liczbę możliwości rozwiązania każdego konfliktu.

Pora jednak porozmawiać o limicie czasowym. Niezależnie od tego czy uda nam się odnaleźć Nio i ile innych questów ukończyliśmy, przygoda kończy się po trzech latach minionych wewnątrz świata gry. Aby uzyskać jak najlepsze zakończenie, musimy przez ten czas zrobić jak największy progress w fabule. Początkowo byłem zaciekawiony tym pomysłem. Lubię Three Houses, lubię Personę, Atelier też mi powinien przypaść do gustu, prawda? No niezbyt. Z czasem limit ten zaczął mnie wyłącznie drażnić. Czas tracimy wykonując niemal każdą podstawową czynność w grze – zbieraniem surowców, alchemią, poruszaniem się po mapie. Przez to niezwykle łatwo stracić naprawdę sporą ilość miesięcy podczas zwykłego zaznajamiania się z mechanikami na samym początku gry. Co prawda trzy lata to wciąż zdecydowanie więcej niż potrzebujemy, aby ukończyć główny wątek. Jeśli jednak planujecie zaznajomić się ze wszystkim co gra ma do zaoferowania i nie chcecie korzystać z internetowych poradników, przyszykujcie się na przynajmniej dwukrotne rozpoczynanie nowej gry. Atelier Ayesha to RPG stosunkowo krótkie (jeden playthrough to około dwadzieścia godzin spędzonych przed konsolą), więc ciężko nie odnieść wrażenia, że taka była właśnie intencja twórców. Nie mogę jednak odnieść wrażenia, że takie sztucznie przedłużanie gry jedynie jej szkodzi. Znacznie bardziej wolałbym pobawić się w rozbudowanym postgame content, niż rozpoczynać grę drugi raz.

Zawiódł mnie też mocno sam port. Ayesha już w momencie swojej premiery nie zachwycała grafiką i zdecydowanie nie stanowiła najlepszego pokazu możliwości i tak nie mającego jakoś szczególnie dobrej reputacji PhyreEngine. Niestety, wersja DX robi niewiele, aby to naprawić. Wyczuć można wyższą rozdzielczość, lepsze filtrowanie tekstur i antyaliasing. Na Switchu znalazło się też miejsce dla wszystkich wydanych wcześniej DLC i dodatków, które były częścią Atelier Ayesha Plus na Vitę. No i to tyle. Gra może nigdy nie wygląda paskudnie – jest dosyć kolorowa i „czysta”, ale zdecydowanie zyskałaby na większej ilości poprawek. Dodatkowo wersja na Switcha ma naprawdę paskudne problemy z frameratem – szczególnie wewnątrz miast i w trybie handheld.

Atelier Ayeshę ciężko mi jednoznacznie polecić. Z jednej strony naprawdę podoba mi się system walki i alchemii opracowane przez Gust, z drugiej gra cierpi na niezbyt angażująca fabułę, wkurza całkowicie niepotrzebnym limitem czasowym oraz masą niedoróbek wskazujących, że nigdy nie był to produkt z najwyższej półki. Czy jednak ukończenie jej zachęciło mnie do zaznajomienia się z innymi grami z serii? Jak najbardziej. W tej formule czuć potencjał i zdecydowanie mam ochotę na ponowne spróbowanie jej w bardziej udoskonalonej wersji – a właśnie tym jest ponoć Atelier Ryza.

 


Ocena: 6,5/10


Serdecznie dziękujemy Koei Tecmo
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Gust
Wydawca: Koei Tecmo
Data wydania: 14 stycznia 2020
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (trylogia posiada angielskie napisy i dubbing, pojedyncze wydanie z Japonii nie)
Waga: 4.7 GB
Cena: 160 PLN

Gra jest również dostępna na PlayStation Vita w cenie 169 PLN.


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *