Grindstone

Super Time Force Ultra jest jedną z moich ulubionych gier na Vitę. W związku z tym, gdy tylko zobaczyłem, że Capy Games wydaje inną swoją produkcję na Switcha, od razu się na nią rzuciłem!

W Grindstone przejmujemy kontrolę na Jorgiem, który wraz z rodziną mieszka w piekielnie zimnym miejscu. Ponieważ chce być dobrym ojcem i mężem, postanawia zabrać ukochanych na wakacje nad ciepłe morze. Oczywiście do tego celu potrzebne są pieniądze, a te w jego regionie można zdobyć tylko przez przedzieranie się przez góry i zabijanie tysięcy potworków. Droga do końca jest długa i ciężka – do przebycia ma 12 regionów, a w każdym z nich jest po 15 plansz. Do tych 180 dochodzi jeszcze w sumie 70 z dodatkowych 7 lokacji. Jak więc widzicie, pola do grindowania nie brakuje. Za to brakuje reszty fabuły czy chociażby jakichś humorystycznych wstawek. Taka grafika i ogólny klimat wesołej rzezi sprawiają, że chciałoby się zobaczyć jakieś nawet małe humorystyczne scenki. Żeby nie było jednak, to tylko może życzenia, ich brak jako takiego wpływu na odbiór pozycji nie ma.

Na każdej planszy podstawy są takie same. Trafiamy na siatkę 7×7, na której zostały rozmieszczone bazowe stworki. Możemy zabić od jednego do nawet kilkudziesięciu na raz, ale pod warunkiem, że uda nam się stworzyć odpowiedni ciąg. Punktem wyjściowym jest kolor kreatur, a jeśli zarżnie się w jednym rzucie przynajmniej dziesięć, otrzymamy klejnot, który potem pozwoli zmienić barwę atakowanych w trakcie wyboru trasy. Poza tym pomocne w tworzeniu ciągu są różne przedmioty, które wypadają z silniejszych wrogów. Tych z kolei łatwo załatwić nie jest, bo wymagają rozpędu z określonej liczby stworków, np. pięciu czy nawet dwunastu. Na szczęście różnymi sposobami można zbijać te liczby i gdy już dopadnie się bydlaka, można z niego przejść na dowolny kolor. Zabawy z kombinowaniem, jak zrobić najwydajniejszy ciąg i ubić jak najwięcej przeciwników na raz, daje sporą frajdę. Jednak nie byłoby tak zabawnie z samymi potworkami; sporą rolę ogrywa też urozmaicanie terenów. Najczęściej bazują na regionie, w jakim się znaleźliśmy, gdy więc jesteśmy w górach czy jaskiniach, pojawiają się głazy; w rejonach wulkanicznych utrudnieniem jest rozpadająca się podłoga; z kolei w lasach trzeba borykać się z rozrastającymi się pnączami. Właściwe w każdym regionie mamy przynajmniej jedną nowość, poza tym twórcy dodają do miksu już przedstawione rzeczy, więc trudno o nudę, choć rozgrywka z zasady jest dość schematyczna.

Aby zaliczyć planszę, należy wykonać zadanie. Tak właściwie zawsze jest to ubicie albo określonej ogólnej liczby przeciwników, albo konkretnej, ale małej już liczby silniejszych potworów. Plansze z bossami nie stanowią wyjątku od reguły zabijania do wyjścia, ale z nimi zadanie jest o tyle trudniejsze, że znajdują się u góry ekranu i dostanie się do nich czy posłanie bomby w ich kierunku nie przychodzi ot tak. Natomiast żeby dłużej utrzymać graczy na planszy twórcy dodali jeszcze dwie rzeczy – skrzynie i królów podstawowych kreatur. Skrzynie z rzadka są od razu dostępne, zwykle trzeba poczekać na wypełnienie podstawowego zadania. Poza tym najpierw trzeba się dostać do stworka z kluczem, a potem dopiero do skrzyni. Warto się do nich dobierać, bo są tam dodatkowe przedmioty oraz schematy do tworzenia pomocnych rzeczy. Królowie z kolei zawsze wyskakują po otwarciu bramy. Ubijanie ich jest niezbędne, bo po zaliczeniu bossa trzeba złożyć daninę ze zbieranych koron. Standardowo, im dalej zajdziemy, tym więcej ich trzeba, więc prędzej czy później gracz zostaje zmuszony do powrotu do plansz, gdzie zostali pominięci.

I tu wracamy do trudności Grindstone. Część plansz idzie gładko i dostępne dwie skuchy wystarczą, żeby wypełnić zadanie oraz zebrać dodatkowe rzeczy. Tak jednak wygląda to na początku. W dalszych regionach właściwie na każdej planszy trzeba posłużyć się dodatkowym sprzętem oraz być przygotowanym na poświęcenie jednego, czy nawet dwóch serduszek. Dlatego przydają się wspomniane schematy. Dzięki nim stworzymy zbroje (np. chroniącą przed lawą czy redukującą ciąg potrzebny do rozwalenia skrzyni), są też specjalne miecze, tarcze, strzały i mikstury, które mają przydatne właściwości. Choć tak naprawdę tylko kilka z nich warto używać na bieżąco, reszta przydaje się do konkretnych sytuacji. Jednak wspomniane już serduszka i spora część oręża wymaga regeneracji, a do tego potrzebne są zbierane klejnoty przedmioty. Tak więc twórcy stworzyli model rozgrywki, który napędza tytułowy grind, szczególnie jeśli ktoś weźmie sobie za cel wymaksowanie gry. Są jeszcze dodatkowe atrakcje, ale już nie będę przedłużał tego tekstu.

Grindstone debiutował na urządzeniach mobilnych, co od razu widać w rozgrywce. Plansze zwykle zajmują kilka minut, więc łatwo wskoczyć i wyskoczyć z gry. W tę wersję nie grałem, choć przez chwilę miałem myśl, żeby sprawdzić, czy jest demo, ale za bardzo wciągnąłem się w wydanie na Switcha i w końcu o tym zapomniałem. Ostatecznie jakoś przez dziesięć dni grałem tylko w Girndstone, co zajęło mi, według wyliczenia systemu konsoli, 15-20 godzin. Zaliczyłem 90 plansz i gdzieś w okolicach 70 zaczynałem czuć zmęczenie tytułem, ale parłem dalej. Gdyby plansz było mniej, pewnie bym je zaliczył przed napisaniem recenzji, bo produkcja potrafi utrzymać przy sobie. Ale większość z Was najpewniej nie podejdzie do tego tytułu tak jak ja, czyli będziecie odpalać go w przerwie od innych tytułów, a w takiej sytuacji odczucie zmęczenia raczej się nie pojawi. Poza tym przejście gry zajmie sporo czasu i trzeba się przy tym trochę wysilić, bo co jakiś czas należy obmyślić odpowiednią strategię lub się wycofać, bo sytuacja zrobi się za trudno.  Dodatkowo dużym plusem produkcji jest jej oprawa audiowizualna, dobrze wykonane sterowanie fizyczne (dotykowe też jest) i małe żarcie baterii konsoli. Natomiast konkretny minus, który przychodzi mi na myśl, to animacje zbierania przedmiotów z planszy i klepanie w ekran, żeby ubić lorda czy otworzyć skrzynię, co następuje po zaliczeniu levelu. Na początku jeszcze mnie to bawiło, ale im dalej, tym bardziej uderzało, że tylko marnuję czas na oglądaniu tego. Nie zmienia to faktu, że tytuł jest w pełni wart swojej premierowej ceny, a jego niespodziewane wydanie stało się jeszcze milszą niespodzianką.


Ocena: 8,5/10


Serdecznie dziękujemy Capybara Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Capybara Games
Wydawca: Capybara Games
Data wydania: 15 grudnia 2020 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga:  1,85 GB
Cena:  67,20 PLN

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *