Reknum Cheri Dreamland

Za sprawą Reknum Cheri Dreamland mój Switch zamienił się na nieco ponad dwie godzinki w klasycznego Game Boya, fundując mi tym samym powrót do najcudowniejszych czasów dzieciństwa. I mimo że jest to produkcja co najwyżej przeciętna, to i tak ten czarno-biały platformer po części skradł moje serce.

Grunt to dobrze wystartować

Hiszpańskie studio Nape Games szerszej publiczności stało się bardziej znane ubiegłej zimy, kiedy to na rynek wydawniczy trafiła ich premierowa gra z serii Reknum, nosząca zresztą taki właśnie tytuł. Powstała dzięki zbiórce na Kickstarterze produkcja zadebiutowała równocześnie na PS4 oraz Pstryczku, zaliczając po drodze całkiem zachęcające recenzje oraz pozytywny odbiór wśród graczy, których przenosiła w magiczny świat pikselowych 16-bitów i staroszkolnego gejmpleju. Zachęceni ciepłym przyjęciem programiści z Półwyspu Iberyjskiego poszli za ciosem i przygotowali kolejną grę z tego uniwersum o podtytule Cheri Dreamland. W nowej odsłonie nie poszli jednak na łatwiznę, mocno zmienili konwencję, ale zachowali przy tym cechy charakterystyczne dla ich premierowego dzieła.

Idealny przepis na retro?

Już na starcie pierwsze zaskoczenie – gra nie jest kolorowa. Zabieg ten ma nas oczywiście przenieść w końcówkę lat 90-tych, kiedy to część szczęśliwców do oporu mogła zagrywać się na Game Boyach, a przynajmniej do czasu, aż nie skończyły się nam fundusze na baterie. Zanim jednak ruszymy w przygodę, przyjdzie nam poznać tło fabularne, które, oczywiście, nie jest zbyt skomplikowane. W pewnej krainie czarny charakter (w tym wypadku płci żeńskiej) kradnie kryształy mocy, a jakby tego było mało, porywa z miejscowego zamku księżniczkę. Uprowadzona na szczęście zdążyła uwolnić wróżkę Navi, tfu, Vani (anagram na pewno jest przypadkowy…), która czym prędzej wyrusza na poszukiwanie śpiącej (a jakże!) młodej wojowniczki, która ocali nie tylko królestwo, ale i jego władczynię. Przebudzonej nie pozostaje więc nic innego, jak ruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż.

Rozgrywkowy trójkąt

Grę podzielono na trzy typy leveli. Z tym najmniej ciekawym, w którym przyjdzie nam sterować wróżką, spotykamy się tuż po zakończeniu intra. W trakcie lotów Vani przyjdzie nam przemierzać korytarze pełne niemilców (wróżką możemy ich tylko omijać) w poszukiwaniu dźwigni umożliwiających dalszą eksplorację. Żeby jednak nie było zbyt łatwo, nasza pierwsza protagonistka ma ograniczone pole widzenia. Zabieg ten powtarza się w części klasycznych etapów dwuwymiarowych (w ich trakcie sterujemy Cheri), gdzie również poszukujemy przełączników popychających rozgrywkę do przodu, przy okazji unikając pułapek oraz walcząc z oponentami. Fajne jest to, że plansze te nie polegają tylko na parciu do przodu, ale zmuszają nas do krążenia po nich. Nie ma tego za to w trzecim typie etapów, w trakcie których naszą jedyną aktywnością jest oldskulowe skakanie po platformach i naparzanie w przeciwników jedną z kilku broni, które odkrywamy wraz z postępami.

Prawie robi wielką różnicę

Z czasem do naszego ekwipunku trafia zarówno coś do walki na krótkim dystansie (miecz, trójząb), jak i oręż do załatwiania wrogów z odległości (łuk, bomby). Starcia nie są niczym, co zapadanie nam w pamięć, ot sztampa typowa dla tego typu gier siekanka, w dodatku mało urozmaicona przez niezwykle ubogi bestiariusz. Czasem trafi się wprawdzie jakiś silniejszy przeciwnik robiący za mini bossa, a taki pełnowymiarowy czeka nas jedynie na końcu opowieści. O ile do niej dotrwamy, bo po drodze możemy stracić niejednokrotnie cierpliwość. Wszystko z powodu permanentnych zgonów, za które głównie odpowiedzialni są właśnie wrogowie. Pojawiają się oni często znienacka i spychają nas w przepaść czy też wprost na pułapkę, co oznacza automatyczny powrót do ostatniego checkpointu. Te z kolei są wyjątkowo skromnie porozmieszczane. Porównanie do Cupheada, mimo diametralnych różnic w poziomie wykonania, jest tu więc jak najbardziej na miejscu, tym bardziej, że obie gry łączy nie tylko ciągłe powtarzanie sekcji.

Witamy w świecie kreskówek

To, co upodabnia recenzowaną produkcję do epickiej wyprawy dwóch filiżankogłowych ziomeczków, to stylistyka, w którą odziano Reknum Cheri Dreamland. Jak już wspomniałem, gra w czasie rozgrywki jest rasowym 8-bitowcem, ale już w menusach oraz wstawkach (pojawiających się przed, w trakcie i po grze) mamy do czynienia z klimatem kreskówek z lat 30. XX wieku. Również dźwiękowo twórcy udali się w ten okres czasu. Towarzyszące gejmplejowi jazzowe kawałki to zdecydowanie jedna z najmocniejszych stron tytułu. Mimo nieskomplikowanego charakteru gry, całość przeszedłem na słuchawkach, bo utwory były po prostu świetne. I choć nie zawsze pasowały charakterem do danego levelu, w niczym nie przeszkadzało to muzycznemu dyletantowi mojego pokroju po prostu zatopić się w soundtracku. Szkoda tylko, że w kilku momentach muzyki… nagle zabrakło, ot tak. Miejmy nadzieję, że bug ten zostanie usunięty przy okazji wydania łatki.

Oldskul pełną gębą

Jest jeszcze coś, co początkowo zamierzałem zapisać po stronie wad gry. Jest nią sterowanie, które przez pierwsze kilkadziesiąt minut jawi się jako mało intuicyjne i niezbyt precyzyjne. Po pewnym czasie, gdy już odkryłem zależności, które nim rządzą, sprawuje się jednak bez większych zarzutów, choć jednego z jego elementów nie mogę zrozumieć. Skoro to platformer 2D to dlaczego za pomocą krzyżaka nie można strzelać z łuku do góry? Jak się okazuje, do tego celu trzeba użyć gałki, o czym się przekonałem po utknięciu w jednym z momentów gry na dobre pół godziny. Oczywiście objaśnień w tej materii próżno szukać w opcjach, podobnie zresztą jak jakichkolwiek innych wyjaśnień dotyczących gejmpleju. No ale kiedyś tak się przecież grało, prawda?

Nostalgia kontra rzeczywistość

Przede mną najtrudniejszy element tej recenzji, czyli rzetelna ocena. Z jednej strony Reknum Cheri Dreamland to całkiem solidny tytuł, który klimat dawnego grania podaje w uwspółcześnionej formie. Do tego ma całkiem znośną grafiką, doskonałą ścieżkę dźwiękową i interesującą stylistyką. Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że ucieszyć to może jedynie niewielką grupę starszych graczy, którzy z ogromną nostalgią wspominają dawne czasy. Współczesny gracz zdecydowanie nie ma tu czego szukać, a przypadkowe odpalenie tytułu wywołać może u niego jedynie uśmieszek politowania. Ostateczny werdykt pozostawiam więc do oceny użytkownikom Switcha. Pamiętajcie jedynie, że to tytuł jednorazowy, który w najlepszym przypadku przykuje do konsoli na nieco ponad dwie godziny, o ile znajdziecie cierpliwość by dotrwać do końca.


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy Nape Games
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Nape Games
Wydawca: Nape Games
Data wydania: 29 kwietnia 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 254 Mb
Cena: 28 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.