Wonder Boy: Asha in Monster World

Uwielbiam remastery tytułów, które debiutowały w czasach, gdy byłem stałym bywalcem piaskownicy. Jeśli jednak idzie o twory określone mianem remake’u, to już z sympatią do nich bywa różnie, gdyż wszystko zależne jest od stopnia ingerencji developerów w pierwotną mechanikę. Jak więc oceniam Wonder Boy: Asha in Monster World, remake gry Monster World IV z roku 1994? Zapraszam do recenzji.

Cykl gier zawierający w tytule słowo „boy” może być posiadaczom Pstryczka dość dobrze znany. Na flagową konsolę Nintendo wydano do tej pory trzy pozycje z serii, która swoje korzenie ma na najstarszych sprzętach Segi. Podczas gdy Monster Boy and the Cursed Kingdom było całkowicie nową pozycją, na Switchu wylądowały też dwa remake’i w postaci Wonder Boy Returns oraz Wonder Boy: The Dragon’s Trap. Do tej pary dołącza właśnie Wonder Boy: Asha in Monster World, współczesne wcielenie czwartego Monstera Worlda z Mega Drive’a (ale tylko japońskiego), który później można też było znaleźć na Virtual Console na Wii. Oldskulowy klimat japońskich produkcji jest tutaj wyczuwalny niemalże na każdym kroku, poczynając od głosów postaci i nieustannie wydawanych przez nie drażliwych dźwięków, a na stylistyce świata przedstawionego kończąc. Wychowałem się na 8 i 16-bitowych kartridżach, więc mnie taka oprawa pasuje, jednak dla współczesnego pokolenia może być ona odebrana jako dziwna, w skrajnych wypadkach może nawet odpychać.

Fabularnie gra bardzo luźno bazuje na swoim protoplaście z ostatniej dekady XX wieku. Tytułowa Asha jest arabską wojowniczką obdarzoną dodatkowo spirytualnymi zdolnościami. Nawoływana przez duchy, wyrusza na pomoc rządzącemu światu kwartetowi zjaw. Mimo że w kwestii fabuły nie uświadczymy tutaj fajerwerków – i mam tu na myśli zarówno samą historię, jak i sposób jej przedstawiania – zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze tytułu. Co więcej, świetnie łączy się z nieskomplikowaną rozgrywką. Naszej protagonistce w drodze do wyswobodzenia duchów przyjdzie w głównej mierze skakać po platformach oraz ciosać ostrzem w niemilców, czasem używać tarczy do obrony przed ich atakami. Po drodze będzie też otwierać skrzynie, w których poukrywane są klucze oraz przedmioty niezbędne do pójścia dalej, oraz przedmioty bonusowe, które możemy spieniężyć w mieście. Miasto pełni rolę huba, z którego startować będziemy do kolejnych etapów. Za zdobywaną również z przeciwników walutę możemy usprawniać nasz oręż bądź też nabywać potrzebne do gojenia ran medykamenty. Samo miasto skrywa w sobie również kilka zagadek oraz ciekawe urozmaicenie w postaci jego eksploracji, która odbywa się nie tylko w lewo bądź w prawo. Do poszczególnych budynków można również zawitać, co pozwoli nam rozbudować swój ekwipunek o kolejne przydatne przedmioty.

Poza eksploracją stolicy, innym urozmaiceniem gejmpleju jest towarzystwo Pepelogoo – uroczego niebieskiego stworzenia, które znacznie poszerza ubogi zakres ruchów głównej bohaterki. Chwytając się swojego podopiecznego, Asha może wykonać podwójny skok, uruchamiać przyciski odblokowujące dalszą drogę, zbierać przedmioty będące poza jej zasięgiem czy też zatrzymywać wybuchy lawy blokujące przejście. Niestety, więcej poważnych dodatków do bardzo sztampowej rozgrywki nie uświadczymy. Trudno przecież za coś innowacyjnego uznać pojedynki z bossami, ładowanie super ataku czy też ochronę przed konkretnymi atakami po zakupie odpowiedniej tarczy.

Nie pomaga również uboga lista przeciwników oraz muzealny system walki oferujący… tylko jedno cięcie oraz wspomniany super atak. Upierdliwy jest też backtracking w poszukiwaniu klucza czy też konieczność nauki na pamięć topografii poziomów, aby móc trafić w miejsce do którego zmierzamy. Sytuacji nie ratują inne, dziś uznawane za hardkorowe, elementy takie jak brak autozapisów oraz checkpointów, a także słaba dostępność do przedmiotów leczniczych. Zapewne nie czepiałbym się powyższych wad, gdyby nie fakt, że zarówno grafika jak i udźwiękowienie obiecują spore pokłady współczesności. Szczególnie muzyka zasługuje na uznanie – każdy level oferuje unikalny dla niego, miły dla ucha i rozbudowany podkład, który świetnie współgra z praktycznie każdym elementem gry.

Podsumowując, ciężko jest polecić Wonder Boy: Asha in Monster World współczesnym graczom. Nadanie nowoczesnej oprawy tytułowi, który swoją mechaniką nadal pozostaje w połowie lat 90-tych to zdecydowanie za mało aby przyciągnąć młode pokolenie. Niestety, zaimplementowane w grę bardzo delikatne rozwinięcie skostniałej rozrywki zrobiłoby wrażenie co najwyżej na osobach, które wciąż świetnie bawią się w epoce 16-bitów. Czyli na mnie, a więc kolesiowi, który od serii Monster World jest starszy zaledwie o rok. Dla takich właśnie growych dinozaurów przygotowano zresztą nie lada gratkę w fizycznej wersji Wonder Boy: Asha in Monster World. Jest nią oryginał z roku 1994, dzięki czemu switchowi retromaniacy mogą na ukochanej konsoli porównać, w jak dużym stopniu remake odbiega od pierwotnej wersji. Osobną kwestią jest astronomiczna wręcz cena za produkt, który oferuje tylko ok. 5 godzin rozrywki. Cóż więc, jeśli dla jednych gra okazuje się świetnym powrotem do źródeł, podczas gdy u innych wzbudzi co najwyżej uśmieszek politowania, to w związku z tym ocena nie może być inna niż:


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy STUDIOARTDINK
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: MONKEY CRAFT
Wydawca: STUDIARTDINK
Data wydania: 28 maj 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 2,9 GB
Cena: 140 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.