Ninja Gaiden Sigma

Co prawda mamy już recenzje dwóch części Ninja Gaiden, ale zajmowali się nimi gracze o znacznie wyższym poziomie skilla niż mój. Postanowiłem więc nadrobić tę serię dzięki wydaniu na Switcha i napisać o niej z perspektywy cieńszego zawodnika.

Ryu Hayabusa jest raczej znaną postacią, ale nie zaszkodzi przybliżyć, jak zaczęła się jego walka ze złem w jego pierwszej przygodzie w 3D. Szybko dowiadujemy się, że demoniczny miecz, który był przez długi czas pod ochroną został klanu Hayabusa został wykradziony przez Doku, który służy demonicznemu cesarzowi. W trakcie zdobywania ostrza spalił wioskę ninja oraz mocno poturbował Ryu, który starał się go powstrzymać. Gdy wojownik doszedł do siebie, ruszył w świat, aby odzyskać zagrażający światu miecz oraz zemścić się za poległych mieszkańców wioski. To tak słowem wstępu. Fabuła została podzielona na dziewiętnaście rozdziałów, w których zobaczymy dużo akcji rodem z najefektowniejszych filmów. Będzie rozwalanie sterowców, pociągów, walka z czołgami i dość szybko z demonami. Nie wiem czemu, mimo mocnego zaznaczenia nadprzyrodzonego elementu nagłe pojawienie się Rachel, którą czasem kierujemy, oraz wprowadzenie wraz z nią piekielnych przeciwników, zaskoczyło mnie. Jakoś myślałem, że akcja i walki będą toczyć się na bardziej realnym gruncie. Ale w niczym to nie przeszkadza, bo ta dość prosta historia, mimo prób wprowadzania jakichś zwrotów akcji, nabiera więcej charakteru. Szczególnie później, gdy wprowadzane są coraz gorsze i większe maszkary dopiero zaczęło docierać do mnie, że nie bez powodu walka toczy się od piekielny miecz. Zagranie nie jest nowe, akcja czasem też nie jest zbyt sensowna, ale za to dobrze pasuje na tło do siekania wrogów. Dla mnie jest na plus.

Fabuła się zagęszcza!

Zanim rozpoczniemy rozgrywkę, wybieramy poziom trudności, a dostępne są trzy: hero mode, normal i hard. Sam zacząłem na normalnej i jak walka z innymi ninja była jeszcze do przeżycia, tak pierwszy boss robił ze mną, co chciał. Za cholerę nie mogłem go rozgryźć. Po sześciu próbach pojawiła się opcja, którą jakoś z automatu odrzuciłem, a następnie znowu dostałem sześć razy wciry. Po raz kolejny pojawiła się rzeczona opcja i tym razem przyjrzałem się jej. Proponowano mi porzucenie drogi ninja… Głupia sprawa tak zejść z niej, ale za dużo razy dostałem po łbie z nunchaku. Okazało się, że został mi zrzucony poziom trudności na tzw. „ninja dog”. Przyjąłem swój pieski los z ulgą, gdy w końcu udało mi się pokonać bossa, a i tak nie nastąpiło to od razu. Mimo że w tej opcji miałem znacznie więcej flaszek z życiem do znalezienia, a co sześć zgonów na bossach dostawałem talizman wskrzeszenia, to i tak przejście gry nie było dla mnie jakieś łatwe. Do każdego bossa musiałem podchodzić po kilka razy, niektórzy byli tak szybcy i trudni do wyczucia, że często tylko wskrzeszenia i z dwa odnowienia zdrowia mnie ratowały. Na innych znowu trzeba było znaleźć sposób, np. być bardziej agresywnym w prostych atakach czy żeby sobie ułatwić sprawę spamowałem atak magiczny, choć spamować to za dużo powiedziane, bo miałem maks cztery użycia. Dotarłem jednak do końca gry! W międzyczasie z ciekawości włączyłem sobie jakiś gameplay na normalu i kopara mi opadła. Na tym poziomie trudności prawie nie ma flaszek z życiem do znajdowania, a Ryu chyba ma słabsze staty, W każdym razie dla mnie byłoby to niemożliwe w tej opcji. I tu wrócę do początkowego ekranu z trzema możliwościami. Pierwszą jest „hero mode”, który jest polecany dla nowicjuszy. Daje on nieograniczone używanie nippo (wspomniany wyżej atak magiczny) oraz automatyczne blokowanie ataków. Po przejściu gry na ninja dog tak duże ułatwienia muszę uznać za przesadę. Jeśli jednak naczytaliście się o tym, jak trudna jest ta gra, to tylko mogę potwierdzić, że tak, jest cholernie wymagająca w założeniach, ale, jak widzicie, i słabsi gracze mają szansę uratować świat w skórze Ryu.

Właściwie każdy boss ma ataki chwytające, które potrafią zabrać nawet pół zdrowia.

Wiele się mówi o tym, że w Ninja Gaiden bez opanowania obrony daleko się nie zajdzie i jest to prawda. To nie jest zwykły slaszer, gdzie wyprowadzamy dłuższe kombosy, a przeciwnicy czekają, żeby na nas napaść. Zwykle robią to w grupach i często gdy atakujemy jednego, dwóch kolejnych przypuszcza szturm, więc trzeba się mieć ciągle na baczności. Zabawnie i irytująco z kolei jest, gdy skupiamy się na jakimś jednym mobku, a gdzieś z offu leci w nas pocisk rakietowy… W ogóle celność pocisków przeciwników jest zaskakująco wysoka… Nie brakuje też upierdliwości typu rzucane w nas wybuchające po chwili rzutki, które zawsze nas powalają na ziemię. Kuriozum jednak okazały się jednak duchowe ryby, które pojawiają się pod koniec gry. Gady atakują grupowo, powalają na ziemię i trzeba nieźle wierzgać analogiem i klepać przycisk ataku, żeby je strząsnąć. Wisienką na torcie było to, że były na każdych schodach pomiędzy czterema piętrami wieży z dość wymagającymi mobkami, a zapisu w trakcie nie było. Na szczęście miałem dość flaszek odnawiających nippo, żeby to przejść za jednym razem, ale co z tego, skoro więcej sklepu nie było i zostałem prawie bez zasobów na ostatnie trzy walki z bossami. W pewnym momencie nawet specjalnie ginąłem, żeby uzyskać talizman, bo bez niego byłaby lipa. Jeśli chodzi o rozłożenie punktów zapisów, to tragedii nie ma, ale denerwuje, że gra nie zapisuje się automatycznie po skończeniu rozdziału. Raz tak zginąłem i musiałem powtarzać ponownie kilka razy walkę Rachel z bossem, a ta blondyna jest strasznie toporna w prowadzeniu przez to, że do walki używa młota bojowego. A skoro mowa o toporności, to dużym utrudnieniem jest kamera. W sumie nawet nie tyle jest toporna, co głupia i dzika, przez co często można by wyjść z różnych sytuacji z mniejszymi obrażeniami. Za to rekompensuje ją poruszanie się Ryu po ścianach, skakanie po głowach przeciwników i inne tego typu sztuczki ninja. Myślę, że dzięki temu, że odwzorowanie wyobrażenia ruchów ninja wyszło bardzo dobrze jak na tamte czasu, łatwiej wybaczyć produkcji różne inne niedociągnięcia.

Wytrzymałe bydlaki, nawet bez głowy wymachują tymi morgenszternami.

Trochę upierdliwy jest backtracking, szczególnie gdy przeoczy się mapę do zabrania,  na przykład zawieszoną na ścianie. Wiele razy trzeba lecieć na jeden koniec lokacji i wracać, żeby włożyć posążek na piedestał itp. Zwykle wtedy nie trzeba borykać się już z przeciwnikami, co daje trochę ulgi. Nie brakuje jednak miejsc nie do końca oczywistych, że można tam się dostać. Często można znaleźć tam specjalne kule, które wpłyną na liczbę nippo, zwiększą ich siłę czy wpłyną na pasek zdrowia. Szukać też można złotych skarabeuszy, które kolekcjonuje sprzedawca i daje za nie fajne rzeczy, w tym jeden sensowny miecz. Jeśli chodzi o broń, wybór jest spory i każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie najbardziej pasowały dwie katany oraz potem właśnie ta zabawka za skarabeusze. Jest też trochę broni dystansowych, w tym i łuk, który bywa nawet niezbędny do pokonywania bossów, niestety celowanie szwankuje, ale jest do opanowania.  Nippo z kolei są cztery rodzaje, a ich pomocność jest bardzo wysoka. W trakcie gry zdobywamy też punkty karmy, a ich suma wyląduje w rankingu sieciowym. Tu warto wspomnieć, że jej pokazanie i wyłączenie jest ustawione na przycisku lewego analoga, co strasznie wkurza. Na szczęście w opcjach można przypisać akcje do przycisków, co też było dla mnie zbawienne przy gardzie, bo L kompletnie mi nie pasowało, za to ZL już tak. Gdyby komuś było mało po zabawie w kampanii, może zmierzyć się z wyzwaniami rzuconymi w „Ninja Trials” oraz „Survivals”. Ja po niemal 16 godzinach w fabule już nie miałem sił ich testować.

Rachel bardzo nie radzi sobie z szybkimi przecinkami, obrona i kontra to właściwie jedyna opcja. Tyle że gra daje mało wskazówek, jak walczyć i trzeba samemu odkryć, jak je wykonać.

Ninja Gaiden Sigma na Switchu wygląda dobrze. Widać, że jest to odświeżona wersja gry, która wyszła już jakiś czas temu, ale wszystkie modele postaci, przeciwnków bossów czy nawet tekstury każdej ściany zostały poddane odpowiednim zabiegom. Dzięki temu nic właściwie nie kłuje w oczy. Zabawne są jednak pewne skróty developerskie, jak płaskie plamy krwi na nierównych powierzchniach. Ataki, w tym nippo oraz specjalne bossów także robią wrażenie. W kwestii płynności jest niemal w pełni stabilnie, choć widać, że gra nie zawsze idzie w 60fps, co zresztą potwierdzają twórcy, zaznaczając gra ma ustawiony priorytet dla utrzymania stabilności. Z rzadka tylko można zauważyć podczas szybkiego obracania się kamery, że coś szarpnie. Irytują tylko okresowe loadingi, które pojawią się pojawić nawet przy takich pierdołach, jak otwarcie skrzynki. Niestety twórcy nie włożyli zbytniego wysiłku w cutscenki fabularne i sprawiają wrażenie tylko powiększonych. Do audio nie mam zastrzeżeń, dobrze pasuje, choć muzyka zwykle gubi się w odgłosach walki. Na duży plus zasługuje możliwość wyboru dubbingu japońskiego i amerykańskiego.

Jest trochę akrobacji.

Ninja Gaiden Sigma to w pewnym sensie droga przez mękę, a jej natężenie głównie powoduje wybrany poziom trudności. Jest ciężko, jest trochę głupiego backtrackingu, ale całe doświadczenie wypada na plus, nawet mimo świrującej kamery czy tanich chwytów devów, aby sztucznie utrudnić ratowanie świata. Myślę, że oprawa AV, całkiem udana pod względem niewymagającej myślenia akcji fabuła i efektowne walki z bossami robią tu główną robotę. No i oczywiście same ruchy ninja Ryu, a więc ataki i ewolucje, które potrafi wykonać, są wisienką na torcie. Niezmiennie jednak bawią skórzane ubrania Ryu i Rachel, które ciągle sprawiają, że myśli się o tym, jak duży ktoś z ekipy twórców musi mieć fetysz BDSM. W związku z tym jedynkę polecam i zabieram się za część drugą.


Polecamy


Producent: Team Ninja
Wydawca: Koei Tecmo Europe
Data wydania: 10 czerwca 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna (wydanie azjatyckie)
Waga: 3,2 GB (sama jedynka)
Cena: 160 PLN tylko w formie trylogii NINJA GAIDEN: Master Collection

Możesz również polubić…

1 Odpowiedź

  1. Szponix pisze:

    Ah, wspominki… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.