Ninja Gaiden 4
Ninja Gaiden w stylu PlatinumGames.
Czy ktoś się spodziewał nowej części tej serii, skoro trzecia odsłona rebootu w 3D wyszła 12 lat temu? Ja na pewno nie, choć po przejściu wydanej kilka lat wstecz kolekcji z chęcią zagrałbym w więcej. No i niespodziewanie dostałem ku temu okazję! Zastanawiam się tylko, na ile to zasługa Xboksa, który jest wydawcą czwartej odsłony. Nawet jeśli pomysł nie wyszedł od nich, a od samego Tecmo Koei, to i tak jestem wdzięczny Zielonym. Innym zaskoczeniem było to, że to nie samo Ninja Team zrobiło Ninja Gaiden 4, tylko właściwie oddali robotę PlatinumGames. Nie, żeby był to dla mnie problem, bo bardzo lubię produkcje tego studia, a już szczególnie uwielbiam ich najseksowniejszą wiedźmę, czyli Bayonettę. Jednak wybór innego studia do produkcji musiał odbić się na rozgrywce i to zdecydowanie czuć w szybkości akcji.
- I bez tej figury Seori skradłaby Wasze serca!
- Bo to najlepsza kapłanka!
Ninja Gaiden 4 fabularnie jest bezpośrednią kontynuacją trójki. Żebym jeszcze pamiętał, co się tam działo… Na szczęście na początku zostaje nam zaprezentowany szybki skrót poprzednich wydarzeń i myślę, że nawet jeśli nie graliście w poprzednie odsłony tego cyklu, to i tak śmiało możecie zacząć od tej nowej. Tym razem głównym bohaterem jest Yakumo z Klanu Kruka i również jego zadaniem jest pokonanie wielkiego czarnego smoka. Tylko zaczął trochę od złej strony, bo najpierw próbuje zabić kapłankę Seori. Na szczęście udało jej się wyperswadować mu to, przekazując szczegóły, jak ostatecznie można ubić wielkie zło. W związku z tym zaczyna się ich podróż po różnych lokacjach, w których znajdują się pieczęcie, które tylko srebrnowłosa kapłanka może zdjąć. Tak szczerze, to cała ta fabuła nie jest jakichś specjalnie wysokich lotów, po prostu popycha akcję naprzód. Wiele tekstu pada w trakcie rozgrywki, często nawet na początku walki z bossami, więc trudno się skupić na jednym i drugim (chociaż plusem jest dostosowanie napisów, co pomaga szczególnie na małych ekranach i z wybranym japońskim dubbem). Główną zaletą historii jest dwoje głównych bohaterów, którzy są totalnymi skrajnościami. Yakumo, cichy i skupiony na zadaniu młodzieniec, wydaje się nie mieć żadnych emocji, jednak z czasem zobaczymy, jak żywiołowa, ale i zdeterminowana Seori (aż dziwne, że jest kapłanką) jednak potrafi poruszyć i jego zastałe serce (i nie chodzi o romans, na szczęście, i nieszczęście). Szkoda tylko, że sposób prowadzenia misji, czyli ninja robi przejście, by kapłanka i swego rodzaju bibliotekarz, mieli otwarte dojście do pieczęci, sprawia, że ich interakcje nie są częstsze. Cóż, takie są jednak losy tych, którzy rzeczywiście skupiają się na ratowaniu świata – nie mają czasu na zwiedzanie świata czy robienie wspólnie zadań pobocznych. Tu jest zło, które trzeba zniszczyć i przemy do celu!
Dla największych wielbicieli Ryu Hayabusy mam dobre wieści. Pojawia się tu nie tylko jako postać fabularna, ale też dostaje kilka rozdziałów, w których będziemy go prowadzić. Ayane też się przewija, ale wpuszczenie jej na scenę jest tak od czapy, że równie dobrze mogliby sobie odpuścić.
Pod kątem prowadzenia rozgrywki NG4 kontynuuje trend z poprzedniej części, czyli po prostu brniemy przez siebie i siekamy wszystko, co nam stanie na drodze. Do pokonania dostajemy 19 rozdziałów, z czego kilka jest zarezerwowanych dla bossów. Poza tym, że nie pamiętam fabuły NG3, nie pamiętam też, czy były tam jakieś urozmaicenia w gameplayu, ale poza skakaniem chyba nie. A jako że nową odsłonę robiło Platinum, to nie mogło zabraknąć efekciarskiego parcia do przodu. Głównym jest jeżdżenie po szynach i omijanie przeszkód na nich, dodatkowo możemy jeździć deską z napędem po wodzie i też omijać na niej przeszkody w tunelach. Niby pasuje to do koncepcji, ale te szyny trochę zastanawiają pod kątem inżynieryjnym i planistycznym… Ale jest też jeden rozdział, gdzie ścigamy pewną bestię, która połknęła Seori, i musimy ją gonić, także pomiędzy dwoma wymiarami i w tym przypadku jest to wszystko bardzo ekscytująco połączone! Poza tym sama budowa lokacji jest mocno liniowa i tylko w kilku miejscach można lekko zboczyć z drogi, żeby znaleźć jakąś skrzynkę lub trafić na misję poboczną do wykonania. A właśnie, skoro o tych misjach mowa, zasadniczo wydają się wepchnięte na siłę. Zbieramy je na każdej planszy w specjalnych terminalach i potem próbujemy wykonać w danym rozdziale. Niby nieraz pada w dialogach, że Klan Kruka operuje jak zawsze i nadal przyjmuje zlecenia, ale w momencie, gdy cała ekipa skupia się na ratowaniu świata, tak generalnie zadania poboczne sprawiają wrażenie wypełniacza czasu. Każda z nich ma swój opis, ale jest zawsze mało ciekawy. Muszę tylko przyznać, że koncepcja ganiania za pewnym złodziejaszkiem ciekawie się rozwija i daje wyzwanie.

Screeny są z Legiona. Na screenach gra prezentuje się słabiej niż w akcji na ekranie, czy to małym, czy dużym.
Właśnie, wyzwanie – zasadniczo tym stoi Ninja Gaiden. No może poza ponownymi wydaniami dwójki, tam to zbyt prosto było. Ale jako że zawsze zaczynam od normalnej trudności w grach, tak i tu zacząłem. Nie powiem, łatwo nie jest, ale radziłem sobie, a przynajmniej do chyba piątego rozdziału. Niestety z racji dziwnych decyzji twórców, checkpointy są dziwne. Szczególnie te, które znajdują się w obozach z terminalem i mentorem. Generalnie normą jest, że gdy się korzysta z takich rzeczy, wskakuje automatyczny zapis i wszystkie zmiany, jak zakupy czy odblokowanie nowych umiejętności, wchodzą automatycznie. Ale nie, kurde, w tej grze… Przed takimi obozami zwykle są przeciwnicy i to najczęściej przed ich pokonaniem wbija checkpoint. Jeśli więc dokonamy jakichkolwiek zmian, a potem padniemy na mobach, to wszystko trzeba ustawiać od nowa! W pewnym momencie wpadłem w nieszczęsną pętlę zgonów, wysypywania się gry i rzeczy do odblokowania, że po co najmniej dziesięciu restartach w końcu miałem dosyć i poleciałem już na easy, bo można zmienić trudność, kiedy się chce. W trybie normalnym, gdybym go kontynuował, może udałoby mi się dobrnąć do końca, ale wymagałoby to masę wysiłku, szczególnie przez bossów. Na easy gra zmienia charakter w relaksującą gore siekankę, gdzie czasem trzeba się trochę bardziej wysilić, a czasem też wygra się duży pojedynek na styk. Myślę, że obie formy sprawdzają się w tej grze równie dobrze, w zależności, kto na co ma ochotę. Wciąż, z łatwym poziomem trudności, zrobieniem z połowy zadań pobocznych i pomijaniem wszystkich bram z wyzwaniem (są w każdym rozdziale Yakumo i dają po dupie w każdej opcji) i tak spędziłem z grą blisko dwadzieścia godzin. Myślę, że na normalu i dziesięć więcej mogło by wpaść przez mocno zwiększone wyzwanie. Oczywiście są też opcje jeszcze trudniejsze dla tych, co mają większego skilla.

Jazda po ban… szynach!
Ryu Hayabusa brutalnie rozprawiał się z przeciwnikami, ale mam wrażenie, że PlatinumGames mocno podbiło rzeźnię. Nowy protagonista z czasem uzyska dostęp do czterech broni, z czego każda ma dwie formy. Drugą uzyskujemy przez wykorzystanie specjalnej zdolności Yakumo, czyli przekształceniu oręża dzięki mocy krwi. Dzięki temu zwiększa się zakres ataków, moc i jest jeszcze więcej opcji rozerwania wrogich ciał. Potyczki są naprawdę widowiskowe i przede wszystkim szybkie, jak to zwykle wygląda u platynowego studia. Zasadniczo bawiłem się bardzo dobrze przy koszeniu dużych grup zwykłych sługusów, a już szczególnie przy szefach, którzy są całkiem pomysłowi (poza końcowym w drugiej fazie). Nie do końca jednak przypasował mi system rozwoju, a dokładnie nowe odblokowywane ataki. O wiele bardziej wolałbym opcje bardziej skomplikowanych combosów, a w Ninja Gaiden 4 dla każdej broni dostajemy właściwie podobne pojedyncze ataki, z których niespecjalnie trzeba korzystać. Właściwie tylko te dające opcję okrążenia wroga były rzeczywiście przydatne. Poza tym notorycznie zapominałem, że w tej grze można zablokować wiele ataków, a to pewnie przez to, że przycisk bloku jest połączony z unikiem, a że dobrze wyczuty unik potrafi dać szansę na kontrę, głównie w to celowałem. Co ciekawe, można też sparować atak wroga, ale trzeba to zrobić własnym atakiem, więc ta technika trochę bardziej idzie w stronę randomowego sukcesu niż rzeczywistej sztuki obrony. Jednak mimo tego, że pod kątem mechaniki walki nie wszystko mi tu dobrze siedziało, to spokojnie mogę uznać, że walka w Ninja Gaiden 4 jest udana i satysfakcjonująca.
Pod kątem wizualnym NG4 ogólnie wypada bardzo dobrze. Zasadniczo charakter serii został utrzymany, szczególnie przez demony do pokonania, ale też widać, że świat poszedł w niej do przodu. Jedno z pierwszych określeń tej gry, które przyszło mi na myśl po kilku godzinach gry, to „Ninja Gaiden na speedzie w klimatach cyberpunku”. Oczywiście pojawiają się tu lokacje leśne czy świątynne, ale najwięcej jest klimatów futurystycznych, jak neonowe dyskoteki w tunelach czy biurowiec z przyszłości, no i oczywiście wspominane już szyny. Wszystko to jednak zgrywa się ze sobą bardzo dobrze i chce się brnąć w grę dalej. Szczególnie dla rąbiących wrażenie wstępów do bossów i kolejnych scen z Seori. Szkoda tylko, że mniej więcej w 2/3 gry pojawia się szybki przegląd tego, co już widzieliśmy. Fabularnie jest to uzasadnione, praktycznie daje poczucie lekkiej monotonni pod kątem rozgrywki. Całą otoczkę wizualną świetnie dopełnia sfera audio, od efektów dźwiękowych, przez japoński dubbing, po muzykę. Zwłaszcza muzyka jest świetna – są tu utwory rockowe, z japońskimi klimatami, orkiestrowe, elektro i nawet miksy tego wszystkiego. Duże propsy też dla dźwiękowców za bardzo dobre wyważenie ustawień głośności różnych elementów audio, dzięki czemu już domyślnie muzyka nie jest zagłuszana przez odgłosy walki (a można jeszcze sobie doregulować wszystko).
A jak Ninja Gaiden 4 działa na przenośnych PC? A całkiem spoko. W przypadków systemów opartych na Linuksie, jesteśmy zablokowaniu w ustawieniach graficznych do „Steam Decka”, bez tego presetu gra się co rusz wykrzacza, więc nie ruszajcie go. Generalnie można właściwie tylko bawić się ustawieniami FSR. Uzyskanie 60 klatek na Decku idzie w parze z zauważalnie gorszą grafiką, a i tak są niestabilne. Balans na FSR i blokada na 40 FPS wydają się najlepszą opcją. Do wspomnianej gry na easy jest to wystarczające. Jeśli ktoś chce płynniejszej rozgrywki do większego wyzwania, lepiej wybrać inną platformę. Może być nią nawet Legion Go z zainstalowanym Bazzite lub SteamOS, bo wtedy z ustawieniem FSR na quality gra nie dość, że wygląda bardzo dobrze (nawet z presetem Steam Deck), to przy niższych rozdzielczościach niż 1080p spokojnie trzyma się dość stabilnie 60 klatek.
Niestety odpalanie gry przez Protona ma swoje problemy. Na początku miałem cyrki z rozdzielczością na Legionie. Dopiero wybranie wersji Proton Experimental uruchomiło mi dobrze grę, bo wcześniej potrafiła zawiesić się na samym starcie. Jednym z powodów też było to, że zmieniłem preset graficzny z Decka na inny. Musiałem bardzo szybko przejść do menu, żeby to zmienić, zanim gra się znowu wykrzaczy… Bywało też, że trzeba było uruchamiać apkę po kilka razy, zanim zaskoczyło wejście do menu. Poza tym cyrkiem muszę przyznać, że gra jest bardzo dobrze zoptymalizowana nawet dla niższych ustawień graficznych, więc nawet na słabszym sprzęcie prezentuje się co najmniej w porządku. Wciąż, nie powinna mieć zielonego znaczka zgodności, a żółty…
W przypadku Windowsa mamy pełną swobodę wyboru ustawień graficznych. Próbowałem trochę ze średnimi, z niskimi i różnymi opcjami w nich, ale w żadnej nie uzyskałem satysfakcjonującego balansu między wyglądem a płynnością. W sumie chyba nawet nie było opcji „Steam Deck”. Jednym z problemów jest to, że ta gra bardzo chłonie RAM, a Winda domyślnie ma go mniej. I nawet to, że mam dość czystą instalację bez bloatu, jakoś specjalnie nie pomagało. Jednak jeśli ten system jest Waszą jedyną opcją, to myślę, że dojdziecie do odpowiadających Wam ustawień metodą prób i błędów.

Wstawki FMV są pierwszorzędnej jakości.
Koniec końców, dobrze bawiłem się przy Ninja Gaiden 4 na moich handheldach PC. Właściwie podobną ilość czasu spędziłem przy Decku i Legionie, co też miało miejsce przy Stellar Blade. Gra jest po prostu satysfakcjonująca i ogólnie wciąga oferowaną rzeźnią, więc nawet jeśli grafika była trochę słabsza na Decku, to i tak chciało mi się na nim grać, gdy akurat go miałem pod ręką. Trochę frustracji miałem przy zabawie ustawieniami graficznymi i odpalaniem gry czasem po kilka razy, zanim zaskoczyła, ale da się to przeżyć.
Jeśli lubicie tę serię, to warto pochylić się nad nową osłoną. Jasne, są zmiany w charakterze rozgrywki, ale nadal można znaleźć tu niemałe wyzwanie, jeśli tego szukacie. Osoby lubiące po prostu sieczkę dla relaksu też będą zadowolone po wyborze easy. No chyba że ktoś bardzo nie lubi charakteru produkcji PlatinumGames, wtedy lepiej sobie odpuścić Ninja Gaiden 4. U mnie ta część znowu obudziła chęć na więcej! Już jakiś czas temu kupiłem Yaiba: Ninja Gaiden Z i teraz sobie o tym przypomniałem. Jeszcze Ninja Gaiden Ragebound wygląda fajnie. Nie załapałem się na kod do recenzji, ale któregoś dnia kupię. Może i nie mam wysokiego skilla i czasem daje mi ta seria po dupie, ale lubię ją!
PS. IMO, to tylko kwestia czasu, aż NG4 pojawi się na Switchu 2. Ciekawe, jak wtedy devom wyjdzie optymalizacja.
PS2. Zapomniałem wspomnieć, że po przejściu gry można wracać do rozdziałów, żeby je wyczyścić. Pojawiają się też próby związane z ubijaniem bossów, można też zaliczyć wyzwania Czyśćca, jeśli znaleźliście bramy do nich i weszliście do nich.

Serdecznie dziękujemy Xbox Polska
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry
Producent: PlatinumGames, Team Ninja
Wydawca: Xbox Game Studios
Data wydania: 21 października 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa, pudełkowa (tylko konsole)
Waga: 100 GB
Cena: 299,00 PLN
Platformy: PC, PlayStation 5, Xbox Series X/S
Zapraszam również do przeczytania recenzji: Ninja Gaiden Sigma, Ninja Gaiden Sigma 2, Ninja Gaiden 3: Razor’s Edge.
Screenshoty z Legiona Go:
Screenshoty ze Steam Decka:













































Najnowsze komentarze