Lone McLonegan: A Western Adventure

Point’n’clicki wracają do łask. I bardzo dobrze!

Kiedy Naczelny zaproponował mi do recenzji Lone McLonegan: A Western Adventure, to nie zastanawiałem się ani chwili. Skoro to oldschoolowy point’n’click z przyciągającą oko grafiką z akcją rozgrywaną na Dzikim Zachodzie, to z góry założyłem, że taka koncepcja nie ma prawa być słabym tytułem. Jak wyszło w praktyce, dowiecie się z kilku poniższych zdań. Zakładamy więc kapelusz i ruszamy ku przygodzie!

Gracze wychowani na Day of the Tentacle czy chociażby serii Broken Sword znów poczują się jak u siebie w domu. Gatunek wymarły niedługo po premierze Grim Fandango nareszcie wraca do łask! O ironio, powtórne zainteresowanie graczy gatunek zawdzięcza… remasterom ikonicznych przedstawicieli tego typu produkcji, ale to tylko mała dygresja, ponieważ recenzowany tytuł jest nową pozycją, choć ma wszystko czym wzorcowy p’n’c powinien się charakteryzować – ekwipunek, zakręcone zagadki oraz klasyczny interfejs z podziałem na dostępne czynności. A jeśli o te ostatnie chodzi, to w opcji mamy podnieść coś, obejrzeć, a nawet… potraktować z kowbojki. Bo humor to kolejna wizytówka Lone McLonegan: A Western Adventure.

Na start zabawne jest chociażby to, że w ręce graczy oddano bohatera o niezbyt chwalebnej przeszłości. Lone McLonegan był najbardziej poszukiwanym bandytą na Dzikim Zachodzie, ale aktualnie przebywa na rozbójniczej emeryturze. Czas wolny spędza na rozpamiętywaniu dawnej chwały i podbudowywaniu ego największego zakapiora w Ameryce. Spokój naszego złoczyńcy niszczy jednak niespodziewana wiadomość: ktoś dokonał większego niż on skoku. Cóż począć, tytuł najlepszego w swoim fachu sam nie wróci, czas więc opuścić kanapę i obrać za cel potężny sejf w miasteczku Oldewell. Jednak jak to w porządnym point’n’clicku powinno mieć miejsce, tak i tutaj sytuacja już od początku gry mocno się skomplikuje…

Budzącą nieustanny uśmiech fabułę poznajemy najbardziej oldschoolowo, jak się tylko da wyobrazić, czyli za pomocą tekstu pisanego. Wszystkie kwestie są przedstawione bardzo prostym angielskim (czasami nawet z błędami), przez co po tytuł spokojnie mogą sięgnąć nastolatkowie. Komizm recenzowanej pozycji opiera się na dwóch filarach: specyficznym czarnym humorze oraz masie nawiązań kulturowych i popkulturalnych. W trakcie naszej wyprawy przyjdzie nam też zdobywać kolejne przedmioty, wymieniać je, mieszać ze sobą oraz oczywiście z nich korzystać, czasami w naprawdę trudny do przewidzenia sposób (pozdrawiam graczy, którzy od razu znajdą zastosowanie dla pierścionka z brylantem). A to wszystko w takt klimatycznego udźwiękowienia, ani na moment nie pozwalającego nam zapomnieć, że znajdujemy się gdzieś na bezkresnych stepach USA.

Mocnym punktem pozycji są również wyraziści bohaterowie, bez rozmów z którymi nie posuniemy losów złego rewolwerowca do przodu. Czasami odkrycie właściwej ścieżki dialogowej wymaga nieco dłuższego pogłówkowania, ale nie jest to coś, czego nie znają osoby wychowane na staroszkolnych przygodówkach. Zabieg ten udanie wydłuża rozgrywkę, która prowadzona w niespiesznym tempie powinna oscylować w okolicach 5-6 godzin. Jeśli komuś przygód na prerii będzie mało, może też pokusić się o znalezienie wszystkich gwiazdek szeryfa skrzętnie poukrywanych na planszach przez developerów.

Z pozostałych technikaliów warto wspomnieć o udanym sterowaniu oraz solidnej warstwie wizualnej. Kursorem wygodnie kierujemy za pomocą analoga, pozostałe czynności intuicyjnie podpięto pod przyciski. Na handheldzie można korzystać dodatkowo ze sterowania dotykowego, ale moim zdaniem nie jest ono tak wygodne, jak gałeczka i klawisze. Zarówno w trybie ręcznym jak i stacjonarnym, gra działa płynnie oraz wygląda przyjemnie.

Recenzję zakończę jedyną, ale znaczącą wadą gry. Jest nią jej charakter. Programiści tak bardzo postanowili być wierni klasyce, że nie zaimplementowali systemu podpowiedzi. Powoduje to dość częste sytuacje, w których nie wiemy, co dalej począć. Hardcorowcy zaczynają wówczas klikać wszystko i na wszystkim, mniej cierpliwi gracze zaglądają do poradników, a współcześni gracze… rezygnują z dalszej rozgrywki. Wielka szkoda, gdyż nawet w klasykach tego gatunku (np. we wspomnianym na wstępie Broken Sword) już dawno postawiono na hybrydowe podejście do tematu. Wybór jest zawsze lepszy niż jego brak – kto chce, ten z podpowiedzi korzysta, a kto chce pozostać twardy, to ominie opcje pomocy szerokim łukiem. Dlatego też miłośnikom klasyki Lone McLonegan: A Western Adventure mogę spokojnie polecić, wszystkim innym zaś radzę mocno się przed nabyciem gry zastanowić. Przede wszystkim nad tym, czy aby na pewno mają w sobie tyle pokładów cierpliwości.


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy Flynns Arcade
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Sonomio Games
Wydawca: Flynns Arcade
Data wydania: 4 listopada 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 1,8 GB
Cena: 39 PLN


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *