Assassin’s Creed Rogue

Czyli Black Flag, tylko gorzej.

Assassin’s Creed Rogue to w sumie gra, o którą nikt nie prosił. Ukazała się dokładnie w tym samym czasie co next-genowe Unity, tyle że jeszcze na PS3 i Xboxie 360, by dopieścić użytkowników starszych sprzętów i stworzyć wrażenie, że coś jeszcze na te konsole wychodzi. I tak jak fabularnie nie wychodzi to źle, to sama gra jest wyraźnie gorsza niż wydana rok wcześniej czwórka.

Shay – asasyn, który został templariuszem

Rogue jest dużo żwawsze w opowiadaniu historii – połkniemy ją nawet w dziesięć godzin, a historia sprytnie łączy wydarzenia i postacie z trójki, Black Flaga i Unity. Wydarzenia głównie koncentrują się ponownie na terenach nadal budowanego Nowego Jorku i niezbyt tutaj przepastnego Oceanu Atlantyckiego. W trakcie rozgrywki odwiedzimy też Paryż czy Lizbonę. Gramy jako Shay Patrick Cormac – początkujący asasyn szkolący się pod okiem Achillesa i Adewale. Mężczyzna zaczyna wątpić w czyste intencje Bractwa, czego kulminacją są wydarzenia ze stolicy Portugalii w 1755 roku, które wstrząsnęły nim na tyle, że postanowił zdradzić swoich braci i dołączyć do Templariuszy.

Gra to właściwie duży dodatek do czwórki – pod względem mechaniki czy dostępnych aktywności niewiele się zmieniło

Fabuła wystarczy na jakieś 10 godzin, ale to wręcz dobra wiadomość – nie ciągnie się jak guma-kulka za 20 groszy, oferuje świeże spojrzenie na konflikt Asasynów z Templariuszami i nie nudzi. Nadal też uczy historii. Ja nie pamiętałem bowiem o katastroficznych wydarzeniach jakie miały miejsce w Europie w XVIII wieku, a dzięki przedstawieniu ich w grze zapamiętam je do końca życia. A że gameplay właściwy, z pływaniem po morzu, przejmowaniem okrętów, zarządzaniem flotą statków i walką na szable wyciągnięto wprost z poprzedniej części (tak wysoko przeze mnie ocenionej), to chyba mamy hit?

Podstawowy element Ubigame nadal obecny – odkrywamy mapę na jakiejś wieży.

No właśnie nie. Po pierwsze, klimat jest dużo cięższy niż w pirackiej przygodzie Edwarda Kenwaya. Samo w sobie nie jest to dużym minusem, ale ma pewne konsekwencje – główny bohater nie jest tak charyzmatyczny i zabawny. Mamy wrażenie że jest raczej popychadłem, bo nawet zdrada Bractwa nie jest tylko i wyłącznie jego decyzją. Dużą różnicą, już wpływającą na negatywny odbiór gry, są lokacje i setting. Po pierwsze, większość gry rozgrywa się zimą, i tak jak robiło to robotę w trójce, tak tutaj większość frajdy sprawia pływanie statkiem. A ciężko się pływa w trakcie śnieżycy, z nijaką widocznością, omijając góry lodowe. Rozumiem chęć odróżnienia Rogue od poprzednika, ale koszt moim zdaniem był zbyt wielki. Po drugie i najważniejsze, w tej części praktycznie nie pływamy po otwartym morzu. Nie mamy uczucia przygody, nie czujemy morskiej bryzy, rozwijając żagle – praktycznie ciągle musimy uważać i manewrować, nie ma miejsca na odprężenie i posłuchanie szant śpiewanych przez załogę. Gra jest tak upchana, że chyba żadnej nie przesłuchałem w całości. To sprawiło, że częściej zacząłem korzystać z szybkiej podróży – czego ani razu nie zrobiłem w Black Flag.

Nie dość że wąsko, to jeszcze wszędzie lód. I tak (niestety) przez większość gry.

Fani twórczości wszelakiej Walaszka mówią, że “za darmo to uczciwa cena”. Rogue dostajemy bowiem w ramach pakietu The Rebel Collection i to bez znaczenia, czy kupując grę cyfrowo czy pudełkowo (gracze posiadający kartridż muszą dociągnąć około 8 GB). Nie jest to jednak gra, dla której warto kupować kolekcję – gwiazdą bez wątpienia jest Black Flag, a Assassin’s Creed Rogue należy traktować jako uzupełnienie dla chętnych. Ot, jak Liberation dla AC III.


Trudno powiedzieć…


Producent: Ubisoft
Wydawca: Ubisoft
Data wydania: 6 grudnia 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa + fizyczna (w ramach The Rebel Collection)
Waga: 7,15 GB (w przypadku wersji fizycznej), 20.2 GB (cyfrowo, razem z Assassin’s Creed IV: Black Flag)
Cena: 199,99 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.