Yooka-Laylee and the Impossible Lair

Pierwsza przygoda Yooki i Laylee nie do końca mi przypasowała, ale zaciekawiła na tyle, żeby sięgnąć po drugą.

Tym razem twórcy postanowili przenieść dwoje bohaterów do świata przedstawionego w 2D. O ile dobrze pamiętam, ten w 3D miał trochę bardziej rozwiniętą fabułę. W tym przypadku wraz z zabraniem jednego „D” zabrano też kawałek opowiadanej historii. Tak właściwie mamy z niej głównie wstęp, potem niemal żadnych dialogów rozwijających opowieść jako taką, tylko różne niezwiązane z nią poboczne nic nie znaczące konwersacje, oraz końcowe przegadywanki z Capitalem B. Tak, znowu ten truteń, czy czymkolwiek jest, jest głównym wrogiem, a właściwie nawet jedynym, bo nie ma w tej produkcji innych bossów. Naszym zadaniem jest przedrzeć się przez 20 rozdziałów książki, z czego niemal każdy z nich ma swoją alternatywną wersję, więc plansz jest właściwie dwa razy więcej. W każdej z nich na końcu ratujemy jedną pszczołę, która zasili nasz batalion. Do zebrania mamy ich 48 i każda z nich posłuży jako jedno życie przy przechodzenia niemożliwej kryjówki Capitala B. Ewentualnie, jeżeli ktoś jest dość szalony i niesamowicie uzdolniony, może spróbować podejść do kryjówki od razu na jednym życiu…

Przykładowe pole wyboru rozdziału na mapie. W sumie już nawet nie pamiętam, co trzeba było tu zrobić, żeby zmienić etap na drugą wersję xD

Zadanie to jest jednak tak kuriozalne, że w ogóle zastanawiam się, ilu graczy zdołało je zaliczyć… A w sumie sprawdzę.. Niemal 29% na PS4 i raptem 6 na Steamie – zdecydowanie niedużo. Doczytałem jeszcze, że na początku gra nie posiadała systemu checkpointów, ostro. Już nawet z nimi jest ciężko, bo są tylko cztery punkty, gdzie można je aktywować  i pojawiają się po kolejnych walkach z Capitolem. Co prawda po zgonie możemy zacząć planszę od etapu, do którego dotarliśmy, ale z liczbą żyć, którą mieliśmy na jego początku…  Gdy osiągniemy lepszy wynik, czyli mniej utraconych żyć czy zajdziemy dalej, wtedy możemy wybrać, czy nadpisać ten stan na ostatni, czyli tak na dobrą sprawę nie mamy zbytniego wyboru. Próba zrobienia postępów z lepszym wynikiem uchowanej liczby szans niestety jest okupiona masą prób i bluzgów. W niemożliwej kryjówce trzeba przebić się przez niemal wszystkie przeszkody jak najsprawniej, najlepiej z jak najmniejszą liczbą przystanków. Natomiast każdy błąd będzie kosztował nie tylko utratę pszczoły, ale też np. szansę na gładsze przejście. Za przykład niech posłużą połacie zieleni, po których musimy się wspinać. Nie dość, że poruszanie się wtedy jest dość toporne, to jeszcze trzeba pamiętać, żeby nacisnąć górę po skoku, żeby kameleon się złapał, bo oczywiście nie może tego zrobić automatycznie. Większym problemem są jednak pająki, które są dość szybkie, a przestrzeń ciasna, a do tego jeśli spadniemy, nie zmieniają pozycji na startową, więc przy ponownej próbie mamy utrudnione zdanie. Naturalnie masa tu też wszelkich ciągów skoków i omijania przeszkód o włos. I jak dobrze się bawiłem przez całą grę aż do podejścia do finałowej rozgrywki, tak w niej straciłem wszelką cierpliwość i chęć do próby zaliczenia jej. Najdalej zaszedłem do 42%, czyli byłem w etapie trzecim i za każdym razem w nim miałem raptem kilka żyć z początkowych 48. Po kilkunastu dość ciągnących się próbach widziałem już, że wiele więcej osiągnąć nie dam rady. Walki z Capitalem B, które kończą kolejne etapy, też nie ułatwiają sprawy, ale to w końcu boss. Choć z drugiej strony mam wrażenie, że kilka jego ciosów celowo bardzo ciężko uniknąć, nie mówiąc o tym, że z każdą kolejną rundą jest szybszy i ma więcej form ataku.

Bujanie się na linach musi być!

Zabawne jest to, że około 40 plansz, które można przejść przed tą walką, nie sugerują aż takiej mordęgi. Łatwo nie jest, żeby nie było. Wciąż jest masa złowieszczo umieszczonych elementów, które trzeba sprawnie ominąć. Sęk w tym, że mamy dużo więcej pomocy. Przede wszystkim o wiele częstsze są checkpointy – na każdej planszy cztery. Poza tym mamy nieograniczoną liczbę prób. Co prawda giniemy szybciej, bo mamy tylko jedną skuchę. Gdy wpadniemy na pułapkę, Laylee odleci od nas, przez co kolejne obrażenia będą już śmiertelne. Co więcej, mamy też wtedy trochę ograniczone ruchy, bo np. nie możemy przedłużyć skoku. Wciąż jednak można odzyskać szansę, łapiąc miotającego się po planszy nietoperza, a jeśli odleci, to w końcu trafimy na dzwonek, który przywoła go z powrotem. Poza tym za zbierane w levelach pióra możemy kupować odnalezione wcześniej toniki, które dają kilka opcji manipulacji grą. Jest kilka ułatwień, jak dodatkowy checkpoint czy mniej szamocąca się Laylee, ale głównie dodatkowe opcje wiążą się z utrudnieniem rozgrywki lub modyfikacją grafiki. Wciąż jednak, to, co ma ułatwiać grę, rzeczywiście trochę to robi. Oczywiście nie możemy na nie liczyć w niemożliwej kryjówce…

Dodatkowym wyzwaniem, które kryje się, dosłownie, na planszach, są monety. Na każdej znajdziemy pięć i są powsadzane w najróżniejsze zakamarki, więc trzeba bacznie się rozglądać. Czasem nawet są tak ukryte, że po zaliczeniu levelu można zachodzić w głowę, gdzie się kryły. Najczęściej pewnie były gdzieś u góry niemal poza zasięgiem wzroku lub dostawało się je jako nagrodę, za zebranie wszystkich piór pozostawionych przez piórowego ducha, zdarza się nawet, że zabicie jednego przeciwnika czy rozwalenie jakiejś niepozornej skrzyni uniemożliwia dostanie się do skarbu. Wciąż jednak wystarczająca ich liczba jest widoczna, by zebrać minimum niezbędne do otwarcia wrót, które blokują przejście do mapy z wyborem etapów. Mapa ta sama w sobie jest ciekawa, bo oferuje dodatkową zabawę w zwykle proste zagadki środowiskowe oraz odnajdywanie toników, bo to właśnie na niej są poukrywane w najróżniejszy sposób. O ile zbieranie toników jest już przyjemne, tak większą satysfakcję daje wpływanie na środowisko  wspomnianymi zagadkami, ponieważ dzięki nim otwieramy alternatywne wersje poziomów.

Musi być i etap lodowych, chociaż nikt ich nie lubi!

Jeśli chodzi o oprawę wizualną, to oprócz jej zwodniczości – bo pewnie wielu młodszych graczy będzie niepocieszonym zbyt wysoką trudnością – nie mam uwag. W przypadku audio część muzyczna i efekty dźwiękowe są dobre. Dla niektórych osób (w tym mnie) irytujące będą dźwięki, które zastępują słowa, wydawane przez mieszkańców tego świata. Ale tak ogólnie klimat gry powinien wystarczająco odpowiadać wszystkim chętnym. To, co nie będzie, to ten przesadzony na maksa finałowy poziom… Najbardziej dobija mnie w nim to, że reszta plansz jest zrobiona na tyle przystępnie, że właściwie wszyscy gracze powinni być w stanie je przejść i zebrać większość monet. Z Yooka-Laylee and the Impossible Lair spędziłem 17 godzin, z czego pewnie z dwie, jak nie więcej, poświęciłem na kryjówkę. Zanim do niej dotarłem bawiłem się bardzo dobrze i tę część gry zdecydowanie polecam. Uczulam jednak, że istnieje spora szansa, że chętni nie będą w stanie ukończyć gry lub ich to wycieńczy na maksa i zajmie za dużo czasu. Z racji tego, że sam poległem, poszukałem gameplayu z końcówki na YT i trafiłem na kolesia, który zdołał przejść całą kryjówkę na jedynym życiu. Widać, że gracz ten ma bardzo wysokiego skilla oraz dużo szczęścia. Poza tym, żeby dać radę, musiał kombinować z szybkim przeskakiwaniem między analogami a d-padem. Co więcej, żeby to zdziałało, nie mógł trzymać pada normalnie, tylko z dziwnym układem lewej ręki. Jeśli kupicie grę i dojdziecie do końca, to polecam obejrzeć to nagranie, zarówno gdy zdołacie go zaliczy czy polegniecie. Ostatecznie, z dużą rezerwą, jednak polecam ten zakup, bo, pomijając końcówkę, jest to przyjemna pozycja.


Polecamy


Producent: Playtonic Games
Wydawca: Team17
Data wydania: 8 października 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 4,8 GB
Cena: 120 PLN

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.