Ori and the Blind Forest: Definitive Edition

Wciąż ciężko uwierzyć, że Microsoft i Nintendo – firmy od lat rywalizujące ze sobą na polu konsolowym, zaczęły ze sobą współpracować. Właściciel marki Xbox do tej pory nie był zbyt chętny do dzielenia się swoimi tytułami ekskluzywnymi z innymi producentami, ale zmieniło się to wraz z premierą „switchowej” wersji Cuphead na początku tego roku. Ori and the Blind Forest to kolejna świetnie oceniana marka kojarzona z Xboxem, która dzięki ocieplających się relacjach między firmami, doczekała się przenośnej konwersji. Czy również tym razem można mówić o pełnym sukcesie?

Jednym z głównych atutów, które ludzie punktują rozmawiając o grze Moon Studios, jest jej historia. Ori to świeżo urodzony duszek, który w wyniku olbrzymiej burzy spada z gałęzi Spirit Tree – olbrzymiego drzewa strzegącego lasu Nibel. Młodego bohatera na szczęście szybko znajduje stworzenie o imieniu Naru, które nie tylko go ratuje, ale też przygarnia i wychowuje jak własne dziecko. Ori i Naru szybko stają się nierozłączni i wspólnie prowadzą beztroskie życie w kwitnącym lesie. Niestety, w wyniku olbrzymiego kataklizmu Spirit Tree obumiera, a razem z nim całe Nibel. Rośliny wysychają, świat zostaje pogrążony w chaosie, a – co najgorsze, znalezienie pożywienia staje się coraz trudniejsze. W pewnym momencie Ori jest zmuszony do opuszczenia Naru oraz swojego domu. Gdy po pewnym czasie duszek powoli opada z sił i woli do życia, spotyka Seina – stworzenie w formie niebieskiej kuli, który uzdrawia bohatera i wysyła go na misję uzdrowienia Nibel, co wymaga przebudzenia trzech elementów, z których las czerpie swoją życiodajną siłę – wodę, ciepło oraz wiatr.

Co tu dużo mówić, historia Ori and the Blind Forest choć jest niepozorna, potrafi złapać za serce już od swoich pierwszych minut. Twórcy jako swoja inspirację przy pisaniu scenariusza wymieniają m.in. takie animacje jak Król Lew czy Stalowy Gigant. I czuć tutaj tę prostotę, która wykorzystując siłę prostej tematyki potrafi przekazać swoją wiadomość w przystępny, ale i efektywny sposób. Ogromna zasługa w tym leży po stronie oprawy audiowizualnej.

No właśnie, jeśli nie fabuła, to właśnie grafika jest zwykle przytaczana, jako główna siła Ori and the Blind Forest. Tytuł wygląda przepięknie. Świat jest kolorowy i zróżnicowany, efekty świetle doskonale komponują się z ręcznie malowanymi asetami. Całość wygląda jak wprowadzone w ruch ilustracje ze zbiorów baśni i choć przez ostatnie lata na rynku pojawiła się cała masa podobnych gier, Moon Studios wciąż bezsprzecznie podostaje w ścisłej czołówce deweloperów pracujących nad grafiką 2D. Wersja na Switcha w tym aspekcie nie straciła ani odrobiny oryginalnej magii. Ori został świetnie zoptymalizowany. Wciąż działa w stałych sześćdziesięciu klatkach na sekundę i w pełnym full HD, co wciąż nie jest standardem w grach korzystających z silnika Unity na platformie Nintendo (nawet mojemu ukochanemu Hollow Knightowi czasami zdarzało się gubić klatki przy rozdzielczości mniejszej niż pełne 1080p). A muzyka… po prostu posłuchajcie sami.

Rzeczą, o której mam wrażenie, że mówi się zdecydowanie mniej, jest sama rozgrywka. No i jeśli miałbym gdzieś zacząć narzekać, to właśnie tutaj. Nie zrozumcie mnie źle, jako platformówka Ori and the Blind Forest sprawdza się wyśmienicie. Kontrolowanie głównego bohatera, sprawiającego wrażenie lekkiego jak pióro, jest intuicyjne i szalenie satysfakcjonujące. Ori, tak jak niemal każdy bohater gier 2D, potrafi skakać, odbijać się od ścian, wspinać się, pływać, szybować. Jeśli Oriego miałbym porównać do innego bohatera, to pod względem sterowania zdecydowanie najbliżej mu do najnowszych „płaskich” wersji Raymana. Najciekawszą i świeżą mechaniką, którą wymyśliło Moon Studios, jest jednak Bash. Zdolność tą otrzymujemy mniej więcej po paru godzinach gry i całkowicie zmienia ona sposób, w jaki podchodzimy do sekcji platformowych. Po wciśnięciu przycisku na padzie będąc w okolicy latarni, przeciwnika lub pocisku, nasz duszek na moment zamarza, a my przy pomocy strzałki wybieramy, w którym kierunku bohater ma wystrzelić niczym z procy. Obiekt, który wykorzystaliśmy do wybicia się, dostaje wysłany w odwrotnym kierunku. Deweloperzy korzystają z tej mechaniki na szereg świeżych sposobów do samego końca przygody.

Jeśli jednak zapytacie się w internecie, jaki konkretnie gatunek reprezentuje Ori and the Blind Forest, najczęściej widniejącą odpowiedzią będzie prawdopodobnie metroidvania. Zdaję sobie sprawę, że to nie gatunek dla każdego. Wiele osób uważa, że metroidvanie są nudne, niepotrzebnie frustrujące i przestarzałe. No i w porządku, nie każdy musi lubić ten styl rozgrywki. Metroidvanie to jednak zdecydowanie mój ulubiony typ gier. Po prostu uwielbiam to uczucie rosnącej satysfakcji towarzyszące eksploracji kolejnych kosmicznych ruin w Super Metroidzie, nieliniową konstrukcję świata Hollow Knight, czy zapożyczające sporo pomysłów z tego gatunku precyzyjne projekty lochów w serii The Legend of Zelda. Do czego zmierzam? A no do tego, że nazwać Ori and the Blind Forest metroidvanią to tak jakby nazwać płatki z mlekiem zupą. Może i nie mija się to całkowicie z prawdą, ale szef kuchni w pięciogwiazdkowej restauracji raczej by się pod tą odważną lecz ryzykowną tezą nie podpisał.

Ori and the Blind Forest to gra skrajnie liniowa, która potrafi to świetnie maskować. Co prawda eksplorujemy jeden duży teren, a nieodkryte miejsca zawsze są zamazane na czarno. Nawet wtedy gra jednak jasno wskazuje nam, w którym miejscu znajduje się nasz kolejny cel i nie pozwala się zgrubić. Jeśli korytarz kończy się rozdrożem, szybko okazuje się, że tylko jedna ścieżka prowadzi do celu, a pozostałe kończą się ślepym zaułkiem, ewentualnie mało skomplikowaną zagadką lub wyzwaniem platformowym z kolejnym wzmocnieniem zwiększającym nasz pasek zdrowia lub energii. Gra prowadzi przez cały czas grającego za rączkę i nie puszcza jej bez względu na to, jak bardzo próbowałby on się z niej wyślizgnąć. Backtracking też jest niesamowicie prosty i ogranicza się do poruszania po wcześniej użytych ścieżkach. Brakuje tutaj wzajemnie przecinających się dróg i skomplikowanej konstrukcji świata, które nadałyby światu dodatkowej autentyczności. Nie jest to może koniecznie wada. Wiele osób pewnie będzie preferować bardziej liniowy styl zabawy. W moim odczuciu jednak mało skomplikowany design środowiska jest tym co powstrzymuje Ori and the Blind Forest przed przerodzenia się z gry bardzo dobrej w grę wybitną.

Problemów jest więcej. Walka jest zrealizowana w taki sposób, że gra zyskałaby na jej całkowitym pominięciu. Latający zawsze za nami Sein atakuje wrogów automatycznie naprowadzającymi się pociskami. W praktyce potyczki sprowadzają się do ciągłego mashowania  przycisku Y i ewentualnego omijania wrogich ataków. Szybko staje się to nudne i traci na tym tempo rozgrywki. Twórcy próbują trochę usprawiedliwić walkę drzewkiem umiejętności, które odblokowujemy punktami doświadczenia zyskiwanymi za zabijanie przeciwników, ale mam wrażenie, że lepszym pomysłem byłoby otrzymywanie nowych mocy poprzez eksplorację. Gra niezbyt wie też co zrobić z nowymi umiejętnościami (np. bieganie po znikających ścianach), które otrzymujemy pod sam koniec zabawy. Wygląda na to, że w głowach twórców narodziła się masa unikatowych pomysłów, jednak zabrakło czasu oraz budżetu na ich odpowiednią realizację (Ori nie jest długie – ukończenie gry i „wymaksowanie sejwa” w 80% zajęło mi nieco ponad siedem godzin).

No i po co tak narzekam? Czy Ori and the Blind Forest mi się nie spodobało? W żadnym wypadku. Chcę jednak żebyście zrozumieli jakim typem gry jest Ori. To nie ogromna i otwarta przygoda nastawiona na eksplorację. Jej siła leży w sposobie poruszania się głównym bohaterem, imponującymi i często naprawdę wymagającymi sekcjami platformowymi, oraz chwytającej za serce, baśniowej historii. To gra, w której zdecydowanie można się zakochać. I choć nie okazała się być do końca tym, czego oczekiwałem, nie żałuję ani jednej spędzonej przy niej sekundy. Polecam każdemu fanowi platformówek, a sam odliczam dni do premiery sequela – Ori and the Will of the Wisps, który co prawda najpewniej ominie konsolę Nintendo, ale zapowiada się być idealną ewolucją formuły pierwowzoru.


Ocena: 8,5/10


Producent: Moon Studios
Wydawca: Microsoft Studios
Data wydania: 27 września 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 3.5 GB
Cena: 79 PLN


Tekst powstał dzięki naszej współpracy z Play-Asia! Dzięki Waszym zamówieniom zrobionym tam przez wejście przez nasz reflink oraz/lub z użyciem naszego kuponu zniżkowego będziemy w stanie zrecenzować jeszcze większą liczbę gier.

play-asia_mypsvita


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *