A Hat In Time

Droga A Hat In Time w kierunku Switcha była nieco wyboista. Po miesiącach czekania i kilku dramach na Twitterze w końcu doczekaliśmy się jednak tego bardzo wyczekiwanego portu, choć efekt końcowy pozostawia sporo do życzenia.

Jeśli wychowaliście się na klasycznych platformówkach 3D nastawionych na eksplorację i zbieractwo, jak Banjo-Kazooie, A Hat In Time to zdecydowanie gra dla was. Jonas Kaerlev – główny projektant gry, w wielu wywiadach wspominał, że pomysł na tytuł narodził się przez zbyt małą ilość przedstawicieli tego gatunku w ostatnich latach. A przynajmniej tak było w 2012, kiedy to produkcja gry wystartowała. Po latach przesunięć i poślizgów okazało się jednak, że A Hat In Time będzie miało sporą konkurencję na rynku collectathonów. Yooka-Laylee, Super Mario Odyssey, Super Lucky’s Tale i właśnie A Hat In Time – wszystkie te gry miały premierę w bardzo podobnym okresie, ale to właśnie produkcji Gears for Breakfast udało się ociągnąć największy sukces zaraz po nowych przygodach Mario. No i nic dziwnego, bo to gra na którą fani gatunku czekali od czasów Nintendo 64.

Nasza główna bohaterka – Hat Kid (nie pytajcie mnie, która część to nazwisko), podróżuje sobie beztrosko po galaktyce w swoim statku napędzanym magicznymi klepsydrami pozwalającymi na kontrolę czasu. Przelatując niedaleko jednej z planet bohaterka napotyka członka Mafii, który pragnie uregulować opłatę wymaganej przez rząd Miasta Mafii. Dzieciak nie ma jednak ochoty na opróżnienie swojego portfela i wypędza nie proszonego gościa, który przed odlotem taranuje statek. To doprowadza zaś do tego, że wszystkie klepsydry wypadają ze statku i spadają na najbliższą planetę. Hat Kid musi więc ruszyć za nimi w pościg.

Fabuła jest tutaj oczywiście mocno pretekstowa, ale wciąż ma sporo uroku wynikającego z niedorzeczności sytuacji, barwnej obsady postaci drugoplanowych i sporej dawki humoru (czasami czarnego). Zwiedzicie Miasto Mafii terroryzującej tropikalną wyspę, weźmiecie udział w bitwie między pingwinami i sowami rywalizującymi o pozycję w filmowym boxoffice, sprzedacie duszę charyzmatycznemu Snatcherowi w przeklętym lesie, a na koniec pomożecie nietybetańskim ogromnym kozłom w wyrwaniu kilku chwastów. Koniec końców daje to cztery światy (plus piąty poświęcony jednak wyłącznie walce z finałowym bossem) – dwa z nich to tereny znacznie bardziej otwarte i wypełnione masą aktywności pobocznych, dwa są bardziej liniowe i nastawione na bardziej zręcznościowe wyzwania.

Do każdego ze światów przenosimy się z naszego statku, który pełni rolę bazy dowodzenia. Kolejne światy odblokowują się wraz ze zwiększającą się ilością klepsydr w naszym baku, co pozwala na przechodzenie ich w sposób nieliniowy. Czasami jesteśmy wręcz do tego zmuszeni, gdy do ukończenia jednej misji na przykład na planie filmowym, potrzebować będziemy przedmiotu znajdującego się w późniejszej części gry. Do wcześniej odwiedzonych miejsc warto też wracać po zebraniu odpowiedniej ilości nici i uszyciu nowych czapek, które dają bohaterce nowe umiejętności (czapka czarownicy pozwoli na przykład na rzucanie bombami) i pozwalają dostać się do wcześniej niedostępnych miejsc. Do tego każdy świat zawiera też kilka szczelin czasowych, które pozwalają na podjęcie kilku dodatkowych wyzwań w innym wymiarze.

Światy są więc kolorowe i wypełnione aktywnościami, jednak wszystko to legło by w gruzach, gdyby w A Hat In Time nie grało się tak przyjemnie. Twórcy odrobili pracę domową dotyczącą sterowania na medal, a kontrolowanie Hat Kid to przyjemność sama w sobie. Shigeru Miyamoto lata po premierze Super Mario 64 przyznał, że pierwszą rzeczą na jakiej Nintnedo się skupiło przy tworzeniu tej gry, było upewnienie się, że samo kontrolowanie Mario w trójwymiarze będzie dawało mnóstwo frajdy nawet na pustej przestrzeni. Gears for Breakfast pewnie wyszli z podobnego założenia, bo samo wykonywanie piruetów Hat Kid jest bardzo satysfakcjonujące i precyzyjne (choć kamera potrafi płatać figle). Sama konstrukcja poziomów dodatkowo wynagradza pomysłowość, a do wielu platform dostać możemy się na kilka sposobów. A, no i w grze znajduje się linka z hakiem, na której możemy się bujać. A wiadomo, że gra, do której dodano linkę z hakiem, automatycznie staje się dwa razy lepsza.

A Hat In Time to naprawdę dobra platformówka. W tym momencie powinienem więc napisać podsumowanie i polecić grę każdemu posiadaczowi Switcha, prawda? No niestety nie jest to takie proste, a wszystko przez jakość portu. A Hat In Time pomimo przyjemnej dla oka grafice, nie jest szczególnie wymagające, lecz wciąż działa na Unreal Engine 3, które nie jest kompatybilne ze Switchem. Przysporzyło to deweloperom masę problemów przy konwersji i co widać w końcowym produkcie.

Zacznijmy od rozdzielczości. Tutaj tragedii nie ma – na telewizorze gra na oko działa w natywnym 720p. Gra nie korzysta przy tym z żadnej formy antyaliasingu, ale wciąż jakość obrazu pozostaje akceptowalna. W trybie przenośnym ilość generowanym pikseli spada nieznacznie, co oznacza, że na ekranie konsoli gra prezentuje się już naprawdę dobrze. Problematyczne są jednak tekstury. W jednej cutscence na przykład Mustache Girl – rywalka naszej bohaterki, prezentuje na tablicy plan zniszczenia Mafii. Na innych platformach w tym czasie na tablicy pojawiają się karykaturalne rysunki członków naszej zorganizowanej grupy przestępczej i razem z komentarzami postaci daje to całkiem zabawną scenę. Na Switchu jednak tekstura znajdująca się na tablicy jest rozpikselowana do tego stopnia, że w żaden sposób nie da się zgadnąć, co tak naprawdę się na niej znajduje. Takich momentów jest więcej. Zupełnie nie rozumiem też czemu nieruchowe grafiki poprzedzające każda misję w trakcie ładowania poziomu są również w śmiesznie niskiej rozdziałce.

Prawdziwie palącym problemem jest jednak framerate. A Hat in Time celuje tutaj w trzydzieści klatek na sekundę. W pierwszym z pięciu światów – Mieście Mafii, grze niemal nigdy nie udaje się dobrnąć do tego poziomu, a framerate regularnie spada, co niestety ma spory wpływ na gameplay. W dalszej części gry jest lepiej, a problemy próbuje maskować wyjątkowo silne motion blur, ale spadki wciąż się zdarzają. Grze zdarza się też zamrozić na parę sekund, co czasami kończy się całkowitym zamknięciem aplikacji (a to zwykle oznacza powtarzanie całej misji od początku).

No i jest też problem wagi. Wersja na Switcha w wersji cyfrowej zajmuje na karcie pamięci 16.3 GB. To cztery razy więcej niż na PS4 i dwa razy więcej niż wersja na Steamie. Czym to jest spowodowane? Obstawiam, że wynika to z kompresji, a dokładniej z jej braku, co zapewne nieco odciążyło CPU Switcha i miało zmniejszyć czasy ładowania. Te drugie wciąż jednak są zauważalnie długie, co doskwiera po śmierci, która zmusza grę do ponownego wczytania poziomu. Zakup wersji fizycznej również całkowicie nie uchroni was przed zapchaniem miejsca na pamięci, gdyż patch, który będziecie musieli pobrać na dzień dobry zajmuje prawie 6 GB pamięci. A patch ten zdecydowanie będziecie chcieli pobrać, bo bez niego gra stoi na skraju grywalności.

Komu więc mogę polecić wersję na Switcha? O ile nie zależy wam szczególnie na przenośnym graniu i macie w domu solidny komputer, grę kupcie lepiej na Steamie. Jeśli jednak poza Switchem gracie tylko na PS4 lub Xboxie One… sprawa nieco się komplikuje. Wersje na inne konsole są ładniejsze i działają lepiej, ale mają swój własny zestaw problemów, a Gears for Breakfast wstrzymało dla nich wsparcie. Przez to na PS4 i Xbox One nie znajdziecie lokalnego trybu kooperacji na jednym ekranie oraz dwóch dodatków – Seal the Deal i Nyakuza Metro. Znajdziecie je jednak na PC i Switchu. A Hat In Time to bardzo dobra platformówka, lecz wersja podstawowa nie jest szczególnie bogata w zawartość – jej ukończenie zajmie wam około osiem godzin, zebranie wszystkiego może drugie tyle. Dlatego jeśli już zdecydujecie się na zakup gry, wybierzcie wersję Ultimate Edition. Kosztuje ona tylko dwadzieścia złotych więcej i zawiera oba dodatki, które dodają do gry dwa dodatkowe światy i co najmniej kilka godzin zabawy więcej.


Ocena: 7,5/10


Producent: Gears for Breakfast
Wydawca: Humble Bundle
Data wydania: 18 października 2019 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 16.3 GB
Cena: 112 PLN


Tekst powstał dzięki naszej współpracy z Play-Asia! Dzięki Waszym zamówieniom zrobionym tam przez wejście przez nasz reflink oraz/lub z użyciem naszego kuponu zniżkowego będziemy w stanie zrecenzować jeszcze większą liczbę gier.

play-asia_mypsvita


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *