Streets of Rage 4

S-Rank

Wiecie co? Nigdy nie byłem fanem brawlerów. Gatunek ten lata swojej świetności przeżywał w latach 80. i 90. Wtedy gracze na całym świecie klepali dwuwymiarowe mordy w salonach z automatami i pierwszych konsolach Nintendo.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że gry takie jak River City Ransom, Double Dragon czy właśnie Streets of Rage miały ogromny wpływ na rozwój całej branży i nie umniejszałem ich zasłużonego miejsca na kartach historii. Jednocześnie nie dziwiło mnie, że z czasem proste klepanie sterowanej przez komputer dwuwymiarowej armii zostało wyparte z rynku. Na popularności zyskały raczej trójwymiarowe slashery i bijatyki stawiające na pojedynki z innymi graczami. Myślałem, że to gatunek, który zrobił swoją robotę przecierając pierwsze szlaki dla szeroko pojętych gier akcji i słusznie umarł. Niedawno zagrałem jednak w Streets of Rage 4. Teraz biję się pierś.

Pierwsze Streets of Rage (znane w Japonii jako Bare Knuckle) zostało wydane na Mega Drive w 1991. Tytuł był odpowiedzią Segi na popularne na SNES-ie beat ’em upy jak Final Fight od Capcomu. Seria bardzo szybko zyskała na popularności. Zaowocowało to nie tylko dwoma dobrze przyjętymi sequelami, ale też portami dla arcade oraz starszego Master System.

Po premierze Streets of Rage 3 seria jednak udała się na odpoczynek. Fanom serii na pełnoprawną kontynuację przyszło czekać szesnaście lat, aż w końcu po uzyskaniu błogosławieństwa od Segi trójca DotEmu, Guard Crush Games (Streets of Fury) i Lizard Cube (Wonder Boy: The Dragon’s Trap), wypuściła do sprzedaży Streets of Rage 4.

Gra od pierwszych chwil przyciąga do siebie robiącą wrażenie oprawą wizualną. Deweloperzy porzucili klasyczną 16-bitowa stylistykę poprzednich tytułów na rzecz ręcznie wykonanych grafik wprawionych w ruch z pomocą ich własnego silnika. Efektem jest obraz sprawiający wrażenie żywcem wyrwanego z kart komiksu.

Większość lokacji to oczywiście różne dystrykty brudnego miasta – ociekające kałużami rynsztoki, neonowe ulice, bary lub posterunek policji. Piękne są nawet takie szczegóły jak światła, które realistycznie odbijają się od dwuwymiarowych sprite’ów postaci. Na ekranie dzieje się sporo, szczególnie jak na grę dwuwymiarową, a mimo to wersja na Switcha w porównaniu do innych konwersji jest perfekcyjna – ostra jak brzytwa, stabilna i bez znaczącego imput laga. Za to można podziękować zespołowi Seaven Studio.

 

Całemu klimatowi dodaje fantastyczny soundtrack miksujący w sobie różne gatunki i dynamicznie reagujący na zmianę otoczenia w ramach jednego poziomu. Znajdziecie tutaj wszystko – od nostalgicznego techno i R&B, po żywiołowy funk i jazz.

Za muzykę odpowiedzialny jest głównie znany już w branży Olivier Deliviere, ale szereg dodatkowych utworów przygotowali też weterani Streets of Rage – Yuza Koshiro i Motohiro Kawashima. Znalazło się nawet miejsce dla kilku występów gościnnych. Na przykład muzykę do jednej potyczki z bossem przygotowała sama Yōko Shimomura (Final Fantasy XV, Kingdom Hearts). Soundtrack Streets of Rage 4 to po prostu sam w sobie świetny album, który idealnie łączy się z akcją na ekranie.

Oprawa audiowizualna to ogromna siła produkcji, ale nie zrozumcie mnie źle – zdecydowanie nie mamy tutaj do czynienia z przerostem formy nad treścią. Streets of Rage 4 wygląda świetnie, ale co najważniejsze – wciąga całkowicie swoją rozgrywką.

Początkowo faktycznie jest ciężko. Tak jak w klasycznych beat ’em upach postacie poruszają się bardzo powoli, zakres naszych ruchów ogranicza się do dwóch przycisków, a brak jakiejkolwiek opcji bloku daje się we znaki. Jednocześnie po pierwszych trzech lub czterech poziomach nawet taki amator jak ja zaczął ogarniać sterowanie i prawdę powiedziawszy na normalnym poziomie trudności gra nie prezentuje specjalnie wygórowanego wyzwania. Po około czterech godzinach i ujrzeniu napisów końcowych człowiek zwraca jednak uwagę na to, że nasze trudy na prawie wszystkich z dwunastu poziomów zostały ocenione na marne „C”. I to właśnie wtedy zaczyna się zabawa właściwa.

Grę kupiłem pod koniec grudnia i do tej pory przeszedłem ją pewnie przynajmniej z pięć razy, i to nie licząc wielokrotnego powtarzania wybranych poziomów, aby zdobyć w nich upragnione S-Rank. Dopiero niedawno udało mi się ukończyć kampanię na poziomie Hard i wybić w niej garść „esek”. Ledwo zanurzyłem palce w trybach „Hardest” i „Mania”. I biorąc pod uwagę, że mój zapał dalej nie ugasł, dotychczasowy playtime przez okres kolejnych miesięcy pewnie uda mi się podwoić lub nawet potroić.

Im więcej czasu spędzałem przy Streets of Rage 4, tym bardziej zacząłem dostrzegać jak starannie zaprojektowana jest to gra. Skrupulatne obserwowanie licznika combo, którego zwiększanie gwarantuje wyższy wynik, ale zostaje całkowicie wyzerowany, jeśli otrzymamy nawet lekkie obrażenia.  Łapanie w locie rzucanych przez nas pałek, które odbiły się od nadlatującego wroga. Przebudowany system ataków specjalnych odejmujących nam kawałek zdrowia, które możemy odzyskać trafiając wrogów zwykłymi ciosami.

To wszystko sprawia, że Streets of Rage naprawdę podnosi ciśnienie. Nawet przy ograniczonym zakresie ruchów można tworzyć akcje godne filmów akcji z lat 80., a każdy cios jest satysfakcjonujący (spora zasługa HD Rumble). Nawet sztuczna inteligencja trzyma nas w niepewności i ciężko przewidzieć, w jaki sposób przeciwnicy będą starać się nas podejść. Na pewno nie ustawią się w ładnej kolejce.

Świeżości rozgrywce dodaje też lista grywalnych bohaterów. Teoretycznie Streets of Rage 4 prezentuje nam listę pięciu bohaterów – trzech powracających (Axel Stone, Blaze Fielding i Adam Hunter) oraz dwóch zupełnie nowych (Cherry Hunter i Floyd Iraia). Styl gry każdej z nich jest naprawdę unikatowy.

Axel to na przykład postać najbardziej zbalansowana i idealna dla początkujących. Adam potrafi robić uniki, a jego ataki mają nieco większy zasięg. Blaze nadrabia niedobory w silne zwinnością. Cherry jest zdecydowanie najszybsza i sprawnie może zasypywać wrogów ciosami bez dotykania ziemi. Z kolei Floyd to wrestler, który może chwytać przeciwników swoimi mechanicznymi ramionami i miażdżyć ich własnymi ciałami.

To jednak nie koniec. Wraz z postępami w zabawie gra odblokowuje bohaterów ze wszystkich poprzednich części serii. Posiadają one własne zestawy ciosów wiernych mechanikom z gier na Mega Drive’a (na przykład atak specjalny po wyborze postaci z Streets of Rage 1 zostaje zastąpiony salwą pocisków wystrzeliwanych przez radiowóz, tak jak w oryginalnej grze). W sumie daje to aż siedemnaście dostępnych postaci.

Oczywiście gracze szukający platformy do wspólnej zabawy znajdą tutaj też opcję kooperacji dla nawet czterech osób (tak, można sterować grą jednym Joy Conem). Dostępny jest również tryb versus, w którym można stanąć na przeciw siebie. Chętnych do gry można też poszukać przez sieć, choć tutaj limit to już z jakiegoś powodu dwie osoby.

Ja jednak z opcji tych nie korzystałem. Sama potrzeba pobijania własnych wyników mi całkowicie mi wystarczyła, aby spędzić w Streets of Rage 4 prawie trzydzieści godzin. Niedawno z częścią redakcji ułożyliśmy nasze listy najlepszych gier 2020 roku. I gdybym w Streets of Rage 4 zagrał odrobinę wcześniej, to prawdopodobnie moja topka wyglądałaby nieco inaczej (na szczęście dzięki Krowenowi gra załapała się do wpisu). To zdecydowanie jedna z najlepszych gier zeszłego roku, a może nawet i jedna z najlepszych gier w całej bibliotece Switcha. Tak dobra, że pokazała mi potencjał, jaki wciąż znajduje się w brawelerach, nawet tyle lat po czasach ich największej świetności.


Zakup obowiązkowy!


Opinia: Krowen (na podstawie wersji dla Xbox Series X)

Po Streets of Rage 4 nie spodziewałem się niczego poza ładną grafiką. Na początku trochę zgrzytało – irytowałem się, gdy przeciwnicy miotali mną jak kukłą, a ja nie mogłem zablokować ich ciosów. Bluźniłem na brak jakiegoś uniku. Czegoś, co pozwoli uniknąć obrażeń. W połowie gry zorientowałem się, że problemem nie była gra, tylko mój styl.

Ten bowiem opiera się na ciosach specjalnych zawierających kilka „klatek nieśmiertelności” – płacimy za nie życiem, ale odzyskujemy wykorzystane HP-ki obijając mordy przeciwników. Mimo dość wysokiego poziomu trudności pojedyncze przejście jest dość krótkie. Streets of Rage 4 to jednak tytuł który chce się przechodzić ponownie. Czy to ze względu na kilkanaście bardzo zróżnicowanych postaci, czy rewelacyjny co-op. Must have dla fanów gatunku chodzonych mordo-obijaczy.


Producent: DotEmu, Lizardcube, Guard Crush Games, Seaven Studio
Wydawca: DotEmu
Data wydania: 30 kwietnia 2020 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 3.2 GB
Cena: 100 zł


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *