Monster Hunter Rise

Poniższa recenzja wyszła spod ręki nowicjusza w świecie Monster Huntera, który, swoją drogą, od dwóch dni nie jest w stanie utłuc komara latającego po pokoju.

Moje pierwsze zetknięcie z serią Capcomu miało miejsce w okolicach roku 2010, kiedy to za grosze kupiłem Monster Hunter Freedom Unite na PSP (pamiętacie pudełka z serii Essentials?). Wiele czasu przy grze nie spędziłem, po części przez barierę językową (młody byłem), po części przez problematyczne sterowanie (chociaż korzystanie z d-pada palcem wskazującym w Metal Gear Solid: Peace Walker mi tak nie przeszkadzało). Po wielu latach znowu spróbowałem Monster Huntera przy okazji Generations Ultimate – pozycji skierowanej głównie do już doświadczonych łowców, czyli będącej prawdopodobnie najgorszym punktem wejścia dla świeżaków – i tak jak Quithe odbiłem się od niej po paru godzinach.

Podsumowując, w temacie Monster Huntera byłem całkowicie zielony. Do trzech razy sztuka. Zbudowana na fundamentach wyjątkowo inkluzywnego Monster Hunter: World kolejna części serii – Monster Hunter Rise, jawiła się jako idealna okazja do prawidłowego rozpoczęcia łowów. Po ponad 70 godzinach siekania wiem, że moja przygoda dopiero się rozpoczęła.

Sercem Monster Huntera, jak sama nazwa wskazuje, wciąż jest polowanie na ogromne bestie i tworzenie z ich ciał silniejszego ekwipunku, który pozwoli na zabijanie jeszcze większych bestii. I tak w koło Macieju. Podstawowy gameplay loop nie zmienił się tak naprawdę od 2004 roku i trudno się dziwić. Pomysł ten jest równie prosty, co genialny. Choć teoretycznie to wciąż RPG, nasza postać sama w sobie nie zdobywa żadnego doświadczenia. Wszystkie statystyki zwiększamy poprzez wzmacnianie ekwipunku.

Ilość mechanik pozwalających na dostosowanie uzbrojenia do własnych potrzeb mogłaby przytłaczać, ale gra, na szczęście, odkrywa je przed nami stopniowo. Na początku musimy skupić się jedynie na wykuwaniu oręża, by zwiększyć statystyki siły i obrony. Dopiero z czasem gra otwiera przed nami nowe możliwości, dodając amulety i dekoracje, które wraz z silniejszymi wariantami zbroi i broni dostępnymi do wykucia pozwalają na jeszcze głębsze dostosowanie ekwipunku pod nasze preferencje.

Oczywiście zanim wybierzemy się do kuźni, musimy najpierw zdobyć potrzebne surowce. W Rise misje są podzielone na dwie kategorie. Przesiadująca na ławce w centralnej części hubu Hinoa zleca nam zadania zorganizowane przez wioskę. Poziom trudności tych questów jest nieco niższy i pozwala na samotne zaznajomienie się z mechanikami gry. Z kolei jej siostra, Minoto, odpowiedzialna jest za przekazywanie nam trudniejszych zadań zlecanych przez Gildię. Te prezentują nieco wyższe wyzwanie i podjąć się ich możemy sami lub w asyście nawet trójki innych graczy (poziom trudności skaluje się wraz z rozmiarami drużyny). Moja porada? Najpierw skupcie się na zadaniach zlecanych przez wioskę. Po ich ukończeniu w Gildii automatycznie odblokowane zostają questy wyższej rangi, gdzie zaczyna się prawdziwa zabawa.

Gdy już zaakceptujemy zaoferowane zadanie, zapełnimy brzuch słodkimi kluskami przygotowanymi przez kocich kucharzy i uzupełnimy bagaż podręczny o odpowiednie przedmioty lecznicze. Następnie przychodzi pora na polowanie!

Modele bestii są na tyle szczegółowe, że da się policzyć ilość zębów w ich paszczy. Ten Rathalos potrzebować będzie niedługo wizyty u dentysty.

Styl zabawy jest mocno uzależniony od wybranej broni. W sumie do dyspozycji mamy czternaście narzędzi walki, a różnice w sterowaniu pomiędzy nimi potrafią być ogromne. Dual Blades lub zestaw Sword & Shield pozwalają na szybką i agresywną zabawę. Młot i Great Sword są powolne i wymagają celnego przewidywania ruchów przeciwnika, co wynagradzane jest olbrzymimi obrażeniami i szansą na otumanienie wroga. Bowgun i Łuk praktycznie zmieniają grę w strzelankę trzecioosobową, a Long Sword to idealne narzędzie dla fanów wprowadzania kontrataków, którzy chcą mieć po swojej stronie moc Boga i Anime.

Wybór ten może na początku przytłaczać. Praktycznie każda broń wyróżnia się ekskluzywnymi mechanikami, paskami i elementami UI, na które trzeba zwracać uwagę. Na szczęście Monster Hunter Rise na samym początku oddaje nam do dyspozycji po jednym egzemplarzu każdego oręża, więc przed wyruszeniem na pierwsze polowanie możemy najpierw przetestować każdy z nich na arenie treningowej. Po prostu pobawcie się chwilę wszystkimi dostępnymi narzędziami mordu i sami zdecydujcie, które z nich daje wam najwięcej satysfakcji. Na nauczenie się zaawansowanych mechanik przyjdzie pora później.

Obok wykuwania pożądanego ekwipunku to chyba właśnie głębia systemu walki jest odpowiedzialna za urok serii. Wybranie jednego lub dwóch ulubionych stylów walki i opanowywanie ich do perfekcji gwarantuje rozrywkę na dziesiątki, a nawet setki godzin. Sam grałem głównie Long Swordem i satysfakcję, którą zacząłem odczuwać, gdy w pewnym momencie w końcu zacząłem trafiać moimi kontratakami w szarżujące potwory, można porównać do uczucia wyprowadzenia długo ćwiczonej sekwencji ciosów w bijatyce.

Właściwe walki wyglądają spektakularnie. Oglądanie olbrzymich monstrów szarżujących w kierunku kamery zawsze onieśmiela, zmusza do szybkich reakcji, Każdy atak niesie ze sobą odpowiednią wagę. Wyuczenie się zachowań i animacji bestii jest kluczowe. Początkowo przeciwnicy rzucają graczem jak piłką tenisową, ale wraz z nabieraniem doświadczenia zdolni jesteśmy do coraz bardziej widowiskowych akcji.

Użyłem potworów, aby niszczyć potwory.

Czasami pojedynek może zostać zakłócony przez inną bestię. Daje to nam chwilę wytchnienia, w trakcie której możemy obejrzeć starcie, którego nie powstydziliby się twórcy Godzilli. A gdy jeden z potworów padnie ze zmęczenia, wskoczyć możemy na jego grzbiet i korzystając z nowo dodanego Wirebuga przejąć nad nim kontrolę siejąc spustoszenie lub szarżując jego łbem o pobliski klif.

Satysfakcję potęguje całkowite zrewolucjonizowanie poruszania się po lokacjach. Przemieszczanie się przez wiele lat było dużym problemem serii wynikającym głównie z ograniczeń sprzętowych. Lokacje podzielone były na sektory, pomiędzy którymi zarówno gracz jak i potwory mogły się, co prawda, swobodnie poruszać, ale wiązało się to zawsze z irytującymi ekranami ładowania. Poprawę w tym aspekcie czuć było już w Monster Hunter 4, ale dopiero przy okazji Monster Hunter: World twórcy mogli pozbyć się ekranów ładowania.

Monster Hunter Rise idzie o krok dalej. Poruszanie się między sektorami jest nie tylko pozbawione przerw, ale jest też jeszcze bardziej swobodne. Wspiąć możemy się na niemal każdą ścianę i omijać w ten sposób zdecydowaną większość przeszkód. Dzięki Wirebugom, których wystrzeliwanie w powietrze pozwala na wykonywanie piruetów godnych Petera Parkera, ściganie uciekających potworów, a nawet sama eksploracja dają mnóstwo frajdy.

Oczywiście wciąż nie mamy do czynienia z pełnym otwartym światem. Zamiast tego gra jest podzielona na pięć słusznych rozmiarów lokacji, wyróżniających się klimatem, środowiskiem i mieszkańcami. Biegać możemy po zrujnowanych pozostałościach świątynnych położonych w sercu orientalnego lasu, wielopoziomowych piaszczystych kanonach, mroźnej i podtopionej tundrze, obłoconym lesie deszczowym lub nawet zastygłej lawie na tle żywego wulkanu (i tak, możemy zwiedzić jego wnętrze).

Wszystkie te środowiska robią wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę platformę docelową. Monster Hunter Rise działa na silniku RE Engine, który zaliczył swój debiut przy okazji premiery Resident Evil 7. Od tego czasu napędzał on niemal każdy duży tytuł Capcomu – w tym Resident Evil 2 Remake czy Devil May Cry V. Zalety przesiadki z odchodzącego w niepamięć MT Framework na nową technologię widać od razu. Monster Hunter Rise to w tym momencie jedna z najbardziej imponujących graficznie gier na Switcha, dzielnie broniąca się nawet w porównaniach do gier 1st party Nintendo – zarówno w trybie TV, jak i na ekranie konsoli. Gra działa przy tym naprawdę stabilnie. Grając samemu, nie natrafiłem na jakiekolwiek spadki płynności. Dopiero przy czteroosobowej grze multiplayer natknąłem się na lekkie problemy z frameratem, ale nawet wtedy były one rzadkością, nie regułą.

Pochwalić wypada też audio. Rise jest dopiero drugim dużym projektem głównego kompozytora gry, Satoshiego Hori, który wcześniej był odpowiedzialny za soundtrack do Resident Evil 7. Zlecenie stworzenia muzyki do Monster Huntera artyście znanemu głównie z pracy nad survival horrorem wydawało mi się początkowo nieco dziwnym wyborem, ale miło mi napisać, że zostałem pozytywnie zaskoczony. Przy komponowaniu muzyki do Rise Hori połączył orkiestrowe wykonania z tradycyjnymi japońskimi instrumentami oraz nie bał się korzystać z szerokiego wyboru wokali. Dało to naprawdę różnorodną mieszankę, która świetnie komponuje się z bardziej orientalnym settingiem Rise. Świetnie wypada też otoczenie, jak ambient jaskiń lub dźwięki owadów. Zdecydowanie polecam grę na słuchawkach lub z podłączonym kinem domowym – Monster Hunter Rise to bowiem jedna z niewielu gier na Switcha wspierających dźwięk przestrzenny.

Rampage – nowy tryb rozgrywki inspirujący się gatunkiem tower defense, okazał się o wiele przyjemniejszy niż się spodziewałem po materiałach promocyjnych. Szkoda tylko, że podczas gry z randomowymi graczami ciężko zapanować nad chaosem.

Przy okazji wypada wspomnieć o kwestii, którą – przyznam się bez bicia – zwykle pomijam. Ostatnią grą, którą przeszedłem z polskimi napisami, było chyba The Last of Us na PS3. Rodzima lokalizacja Rise była jednak dla mnie sporym zaskoczeniem, bo, o ile mnie pamięć nie myli, to pierwsza duża gra ekskluzywna na platformę Nintendo, która może się pochwalić białoczerwonym oznaczeniem na okładce. Postanowiłem chociaż na kilka godzin zmienić napisy z angielskich na polskie, aby napisać coś o przekładzie.

Zaznaczyć trzeba, że Monster Hunter nie jest prostą grą do translacji. Choć z wierzchu seria może się wydawać “poważna”, w rzeczywistości pełno w niej też humoru, groteskowości i żartów słownych związanych z kocimi pomagierami. Szczególnie te ostatnie potrafią stanowić ogromny problem dla tłumaczy, a czasami są wręcz niemożliwe do przeniesienia na nasz ojczysty język, więc nie chcę się na nich zbytnio skupiać. Dość powiedzieć, że zdarzają się zarówno perełki (“ka-mrr-aci”), jak i zgnilizny (“miau-cieczka” – serio?).

Prawdziwym problemem jest to, że tłumacze ewidentnie nie znali kontekstu wielu kwestii. Najlepszym przykładem jest chyba przetłumaczenie “Play” – opcji zabawy z naszym pupilem – na “odtwórz”. W oczy rzuca też się masa skrótów utworzonych po to, aby kwestia zmieściła się w granicach okienka. I tak na przykład “Optional subquests” zostało zmienione na “Opc. zad. poboczne”, choć wystarczyłoby samo “zadania opcjonalne”. Czasami rozszyfrowanie tych skrótów to wyzwanie samo w sobie.

Polska wersja językowa Monster Hunter Rise zdecydowanie nie zachęciła mnie do częstszego wybierania rodzimych napisów w innych grach, choć mimo wszystko cieszę się, że Capcom w ogóle zdecydował się na zlecenie tłumaczenia. Jako młody nastolatek na pewno bym docenił polskie napisy w Freedom Unite, nawet w takiej niedoskonałej formie. Jeśli wasza znajomość angielskiego jest chociaż średnio zaawansowana, polecam jednak grać z angielskimi napisami. I dla uściślenia – polska wersja ogranicza się wyłącznie do napisów. Jeśli chodzi o dubbing, to do wyboru mamy głosy angielskie, japońskie oraz “język Monster Huntera“. Ten ostatni zresztą też został przetłumaczony na niewiele mówiący “Język gry”.

Uprzedzając pytania – zgadza się, w Monster Hunter Rise możemy pogłaskać nie tylko psiaka, ale też sowę, oraz zbić pionę z kotkiem.

Największym problemem Monster Hunter Rise jest to, że na ten moment nie jest to tytuł do końca kompletny. Po pokonaniu ostatniego bossa (co mi zajęło trochę ponad 50 godzin) prawdziwy postgame tak naprawdę nie istnieje. Nie znaczy to jednak, że zupełnie nie ma co robić. Samo zbieranie surowców potrzebnych na wykucie mocniejszego uzbrojenia sprawiło, że mój czas gry przekroczył już 70 godzin. Zdecydowanie mam już jednak ochotę na wypróbowanie nowych przedmiotów w trudniejszych wyzwaniach.

Jest to jednak problem, który za moment prawdopodobnie stanie się nieaktualny. Jeszcze w tym miesiącu Capcom ma wypuścić pierwszą znaczącą aktualizację dodającą kilka kolejnych bestii – w tym Chameleosa i mocniejszą wersję Rathalosa. Wiemy też, że Capcom planuje jeszcze przynajmniej jeden duży update dodający nowe zakończenie, a historia popremierowego wspierania Monster Hunter: World sugeruje, że na tym się nie skończy.

Przyznać też trzeba, że choć Rise jest dużo bardziej przyjazne dla nowicjuszy w pierwszych godzinach, tak samouczki wciąż potrafią zalać nas ścianą tekstu. Czasami zresztą nawet ich przeczytanie nie wystarcza i pomocy trzeba szukać na YouTube (na szczęście świeżo po premierze poradników naprawdę nie brakuje). Osoby oczekujące od gier zajmującej historii również raczej się zawiodą. Fabuła jest bardzo szczątkowa, choć mieszkańcy Kamury to bardzo sympatyczna gromadka.

Ja od Rise oczekiwałem jednak głównie emocjonujących starć z dzikimi siłami natury. Oczekiwania te uważam za spełnione z nawiązką. To zdecydowanie jedna z najlepszych gier ekskluzywnych na Switcha, która śmiało może stać w jednym szeregu z czołówką gier wyprodukowanych przez samo Nintendo. A teraz was żegnam, poniewż ten śliczny miecz wykonany z ogona elektrycznego wilka sam się nie wykuje.


Zakup obowiązkowy!


Producent: Capcom
Wydawca: Capcom
Data wydania: 26 marca 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 7.1 GB
Cena: 249,80 zł
Polska wersja językowa: napisy


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.