Minute of Islands

Postapokaliptyczny świat w kreskówkowej oprawie oraz spójna i ciekawa historia ukazana przy pomocy doskonałej warstwy dźwiękowej? Ja to kupuję już na starcie. Pytanie czy takich jak ja graczy będzie wielu…

Zestawienie brutalnego i rozkładającego się świata w pastelowej, ręcznie rysowanej oprawie urzekło mnie od pierwszego trailera. Ku mojemu niezadowoleniu, premierę tytułu kilka razy przekładano, ale ostatecznie deweloperzy dopięli swego i gra wylądowała na każdej aktualnie produkowanej konsoli, a także komputerach osobistych. Minute of Islands to dzieło programistów zza naszej zachodniej granicy, którzy szerszej publiczności dali się poznać przede wszystkim jako twórcy The Inner World, klasycznego point’n’clicka, który również jest dostępny na Pstryczka. Członkowie Studia Fizbin wówczas również postawili na rysowane otoczenie i… to w zasadzie tyle, jeśli idzie o podobieństwa z ich najnowszą produkcją.

Minute of Islands przede wszystkim ciężko zaszufladkować do jakiegokolwiek gatunku. Niektórzy widzą w nim dwuwymiarowego platformera, ale moim zdaniem jest to gruba przesada. Wszystko za sprawą akcji, a w zasadzie jej kompletnego braku. Naszej protagonistce przyjdzie wprawdzie wspinać się po platformach, ale to tylko przyczynek do popchnięcia fabuły. I to właśnie historią recenzowana pozycja stoi. W ręce gracza oddano Mo – odzianą w charakterystyczne palto dziewczynę, o której nie wiemy na starcie naszej przygody totalnie nic. Bohaterka budzi się na dnie odpychającego, ciemnego oraz zimnego miejsca i ze zgrozą odkrywa, że rządzący światem kwartet kreatur jest na wykończeniu. Młodemu dziewczęciu nie pozostaje więc nic innego jak tylko chwycić za posiadający magiczne właściwości trzonek (noszący nomen omen nazwę omni-switch) i wyruszyć na pomoc wspomnianym czterem braciom.

Z chwilą ujrzenia pierwszych promieni światła doznajemy niemałego szoku. Na przekór tytułowi, graczom zamiast rajskie wyspy przyjdzie zwiedzać smutny, postapokaliptyczny archipelag bardzo skromnie obsadzony przez ostatnich ocalałych, za to niezwykle bogaty w ofiary toksycznego, wszędobylskiego żółtego dymu. Na każdej z wysp wszystko przedstawione jest bardzo sugestywnie i obrazowo, a momentami wręcz odrażająco. Piszę o tym nieprzypadkowo, gdyż dla wrażliwszych miłośników komputerowej rozrywki niektóre sceny mogą być zwyczajnie nie do przejścia. Często są tylko psychodeliczne, ale czasem aż odpychające. Dla mnie to mimo wszystko mocny punkt gry, a jeszcze mocniejszym jest jej fabuła. Kolejne zręby opowieści poznajemy odpowiednio dobranymi porcjami wraz z postępem.

Co ciekawe, historia rozwija się dwutorowo. Obligatoryjnie, wraz z progresem wątku głównego poznajemy losy archipelagu. Jeśli jednak postanowimy nieco zboczyć z głównej ścieżki to zaczniemy odkrywać również przeszłość Mo oraz jej rodziny. Przyznam szczerze, że przy ekranie Switcha bardziej przytrzymywały mnie wspomnienia głównej protagonistki, aniżeli temat główny. Warto przy tej okazji również wspomnieć, iż obie historie są na tyle nieskomplikowane, aby żaden wątek nam nie umknął, a jednocześnie na tyle interesujące, że szybko stają się głównym magnesem Minute of Islands. Żałować jedynie można, iż tytuł nie został spolszczony, a zastosowany w nim angielski często korzysta ze skomplikowanego i hermetycznego słownictwa mowy Szekspira.

Skoro już przyznałem pierwsze skrzypce fabule, rozgrywka z automatu musiała zejść na drugi plan, a w mojej opinii to nawet na trzeci. Mimo, że Mo porusza się w dwóch wymiarach dokładnie jak w klasycznym platformerze (czyli głównie skacze i zeskakuje) to ciężko zakwalifikować omawiany tytuł do tego gatunku. Wszystko przez wspomniany już brak akcji. Samo tempo rozgrywki jest nieśpieszne, ruchy protagonistki ślimacze, a przeciwnicy nie występują w ogóle. Gra pełna jest za to „zagadek”. Cudzysłów oczywiście zastosowałem nieprzypadkowo, gdyż określanie mianem zagadek czynności pokroju przełączenia dźwigni, przepchnięcia przedmiotu czy też okazjonalne wykorzystywanie omni-switcha, byłoby obrazą dla graczy. Nieskomplikowana rozgrywka towarzyszyć nam będzie zresztą przez całą przygodę. Gra jest w pełni liniowa, a gdy zajdzie potrzeba wykonania jakiegokolwiek ruchu ekstra to interfejs nas stosownie o tym poinformuje. Cóż, jeśli nastawimy się na doznania fabularne to taki zabieg nam nie przeszkodzi, jeśli jednak szukamy akcji to trzeba swoje zainteresowania skierować w stronę innej produkcji. Podobnie gęsty klimat ze sporą ilością grozy oferuje chociażby recenzowane niedawno przeze mnie Sea of Solitude: Director’s Cut.

Ale nie tylko fabuła, świat przedstawiony i doskonała grafiką to wyróżniki Minute of Islands. Bardzo mocny akcent niemieckiej produkcji to także doskonałe udźwiękowienie. Doświadczony wieloma indykami nawet nie planowałem sesji ze słuchawkami na uszach. Twórcy gry jeszcze przed intrem zasugerowali jednak udanie się po takie akcesorium, co ostatecznie okazało się świetnym posunięciem. Muzyka, która pojawia się w określonych momentach tytułu, jest po prostu doskonała i, co chyba najważniejsze, świetnie zwiększa immersję z posępnym światem gry. Jeszcze lepsze jednak są pozostałe dźwięki płynące z otoczenia bohaterki. Wszelkie dochodzące do nas odgłosy sprawiają, że gra przybiera ostatecznie formę interaktywnego filmu animowanego, co mi bardzo się spodobało.

Reasumując, czy ze spokojnym sumieniem mogę polecić Minute of Islands? Sumując wszystkie za i przeciw jest mi ostatecznie TRUDNO POWIEDZIEĆ… Jak już wspomniałem, nie mam zastrzeżeń zarówno do wykonania gry jak i jej warstwy fabularnej, choć oczywiście mocno żałuję, że zabrakło implementacji łamigłówek. Taki jednak był koncept twórców, a my własnym portfelem z ich decyzją się zgodzimy lub nie. Do drugiej z wymienionych grup z pewnością zaliczą się osoby łaknące akcji oraz gracze bardziej wrażliwi. Jeśli jednak przełamią oni swoje opory to mogą liczyć na naprawdę ciekawą opowieść, w dodatku z poważnym przesłaniem, o którym celowo nie wspomniałem wcześniej ani słowem, żeby czegokolwiek nie zaspoilerować. Moim zdaniem warto jednak poczekać na promocję, gdyż 80 zł za 5 godzin rozrywki (nieco ciężkiej, ale absorbującej) to moim zdaniem trochę zbyt wygórowana cena.


Trudno powiedzieć…


Serdecznie dziękujemy Mixtvision
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Studio Fizbin
Wydawca: Mixtvision
Data wydania: 13 czerwca 2021 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 1,9 GB
Cena: 80 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.