Donkey Kong Bananza

Zniszczyć wszystko!!! 

Czy wyobrażaliście sobie kiedyś, że Donkey Kong może mieć pracę? Otóż najwyraźniej może i jak na rosłego ssaka naczelnego przystało, robi w kopalni! Ale, gdyby nie to, że wykopywane są w niej specjalne banany o nazwie banadium, to pewnie dalej bujałby się po dżungli i zbierał zwyczajną wersję ulubionego pożywienia. Praca w kopalni wiąże się z różnymi wypadkami, więc oczywiście i teraz do takiego dochodzi. Efekt jest taki, że cala… infrastruktura zapada się głęboko pod ziemię, a jak się szybko okazuje, jedynym sposobem na odwrócenie tej sytuacji jest zejście jeszcze niżej, aż do samego jądra Ziemi! DK w swojej podróży nie będzie sam – towarzyszyć mu będzie gadający kamień, który szybko przemieni się w śpiewającą dziewczynkę o imieniu Pauline. Razem będą musieli dotrzeć do celu przed złą małpiatką, która ma niecne plany wobec spełniającego życzenia jądra.

Fabuła w Donkey Kong Bananza nie jest szczególnie zajmująca, przynajmniej dla starszych graczy. Przypuszczam, że dla młodszych przygoda dziewczynki współpracującej z gorylem będzie ciekawsza dzięki swojej prostocie. Ale, sam pretekst i rozwój wydarzeń plus spory zwrot akcji pod koniec gry generalnie tworzą wystarczająco dobrą bazę pod rozgrywkę nawet dla czterdziestolatka mojego pokroju. Poza tym interesujące są postacie, które przewijają się przez tę grę. Sam Kong stał się o wiele bardziej ekspresyjny, dzięki czemu nabrał dużo charakteru, mimo że nic nie mówi. Zmiana kierunku artystycznego przypomina tę, którą zaserwowało nam Activision z Crashem. Na początku wydaje się to dziwne i przesadzone, a potem się przyzwyczajamy i jest git. Jedno tylko, co mnie zastanawia, to dlaczego niektóre reakcje wydają mi się psie? Może przez ten wywalany na zewnątrz język. Milczenie goryla nadrabia z zapasem Pauline, która ma bardzo dużo do powiedzenia o krainach, które zwiedzają, o ich mieszkańcach, a także o swoim życiu, radościach, wątpliwościach i lękach. Młodszym odbiorcom gry na pewno będzie łatwiej utożsamić się z tą postacią, szkoda więc, że gra nie ma polskiej lokalizacji.

Dużo uwagi twórcy przyłożyli też do postaci drugo- i trzecioplanowych. Główny zły jest typowym chciwym i paskudnym prezesem korporacji, ale dwoje jego pomagierów dostaje trochę więcej osobowości dzięki temu, że czasem można z nimi pogadać. Reszta przewijających się w grze istot głównie ma do wypowiedzenia zdanie czy dwa, ale nieraz bywają zabawne i służą też do budowy świata dzięki różnym ciekawostkom, które przekazują. Najbardziej rozwaliły mnie słonie w saunie i kamulce ochroniarze. Tak więc nawet jeśli odbiór historii mocno zależy od perspektyw wieku, tak przynajmniej postaci w znacznej liczbie zasiedlające tę grę są sporym plusem dla wszystkich.

Fabuła fabułą, ale nie dla niej sięgamy po grę sygnowaną Donkey Kongiem,. Oczywiście robimy to dla platformowej akcji! I tu też nastąpiły zmiany, bo pierwszy raz po 25-letniej przerwie DK może poruszać się w pełnym 3D. Twórcy postanowili w pełni wykorzystać tę zmianę do zaprezentowania legendarnej gorylej siły! A jako że jest legendarna, to w ogóle nie korzysta z niepotrzebnych narzędzi typu kilof. O nie, po to ma potężne łapy, by po prostu rozwalać nimi niemal wszystko, co mu przeszkadza w dotarciu do celu. Ta idea sprawdza się wręcz genialnie! Ile przeorałem rożnego typu terenów i ile rozwaliłem rzeczy tylko po to, żeby je rozwalić! Często, zamiast szukać z poziomu powierzchni skamielin i bananów, które pojawiły się na radarze tworzonym falą uderzeniową lub dzięki mapom, po prostu przebijałem się przez zwały ziemi prosto do celu. O jakie to było satysfakcjonujące! Mechanika ta daje jeszcze więcej swobody w poruszaniu się niż samo bieganie po powierzchni. Poza tym, choćbyśmy się bardzo zakopali, to właściwie zawsze możemy wydostać się z dołu dzięki albo wspinacze, albo ponownemu przebijaniu się przez podłoże, ale tym razem w górę. Poza tym takie rycie zawsze daje jakieś bonusy, czy to w postaci złota, czy skrzyń zawierających przydane rzeczy, w tym wspomniane dopiero co mapy. Dzięki tej mechanice Donkey Kong Bananza zdecydowanie wyróżnia się na tle innych platformówek 3D i chociażby dla niej warto podejść do tej produkcji.

Miało być o platformowej akcji, a wyszło, że zabawa w górnika stała się najbardziej zajmującą, przynajmniej dla mnie, częścią gry. Oczywiście wszelkiej maści wyzwań związanych ze skakaniem też tu nie brakuje. W grze znajduję się jakoś piętnaście lokacji, z czego niektóre są nie dość, że rozległe, to jeszcze kilkupoziomowe. Zostało na nich rozsiane masę wyzwań i to nie tylko związanych z fabułą. Zresztą, gdyby skupić się tylko na jej popychaniu, to w grze spędziłoby się może piętnaście godzin. Jednak skutecznie od głównego wątku odciągają nas rozsiane wszędzie w dużej ilości banany i najczęściej trzy rodzaje skamielin. Owoce warto zbierać nie tylko po to, żeby rozwijać zdolności Konga, ale też często wiążą się z albo podumaniem, jak się do nich dostać, albo mniejszym lub większym wyzwaniem, czy to w postaci walki, czy właściwym dla tej postaci platformowym ciągiem. Ogólnie na przestrzeni wszystkich plansz sztuk banadium 777 (+223 do kupienia) i sam, po 40 godzinach i ostatniej walce miałem ich troszkę ponad 600. Strasznie kusiło mnie, żeby zebrać wszystkie, ale sytuacja życiowa kazała mi przestać. Rzadko mam ochotę zebrać wszystko w grze, ale ta produkcja uruchomiła we mnie ten tryb! Dotyczyło to również skamielin, choć one są potrzebne tylko jako waluta. Ale tak trudno powstrzymać się przed zebraniem czegoś, co pojawi się na radarze czy ma się znacznik na mapie, jeśli trafiło się mapę z położeniem… Tak więc i pod kątem kolekcjonerskim gra jest mocno uzależniająca. Mniej interesujące jest zbieranie płyt z muzyką, które wypadają w przeciwników, ponieważ dzieje się to dość rzadko i właściwie trzeba je wyfarmić.

Nadal nie wspomniałem szerzej o platformowej części rozgrywki… Charakterystyka 3D daje większe możliwości niż 2D, ale też ma swoje problemy, głównie w postaci kamery. Na szczęście tutaj rzadko przeszkadza, właściwie utrudniała mi pokonywanie przeszkód tylko, gdy trzeba było wisieć pod sufitem. Generalnie mam wrażenie, że poza specjalnymi wyzwaniami ukrytymi za portalami, gra na powierzchni bardziej skupia się na bieganiu i wspinaniu. Oczywiście są sekcje, gdzie trzeba skakać, aby gdzieś się dostać, ale jednak nie jest to już taką kwintesencją gry z Donkey Kongiem w roli głównej. Pewnie też dlatego tyle czasu zajęło mi w tym tekście dotarcie do tego elementu. Ale, dzięki ogólnej zmianie formuły prowadzenia Konga w ogóle się o tym nie myśli, bo dostajemy już wspomnianą bardzo dużą swobodę poruszania się na wielu płaszczyznach.

To, z czego jeszcze jest znana goryla seria, to jazda na zwierzętach. Tym razem ich motyw też wraca, ale już w zupełnie nowej formie. Tytułowa „bananza” to nie nawiązanie do bananowego eldorado, lecz do stanu umysłu, który, dzięki wybiciu specjalnego bitu, daje Kongowi możliwość przemiany. Form jest kilka – jeszcze większy goryl, struś, zebra, słoń i wąż. Każda z nich zwiększa możliwości ruchowe bohatera, co przydaje się nie tylko przy eksploracji plansz (czasem przemiana jest wręcz niezbędna), ale też potrafi znacznie ułatwić pokonanie bossów. Przez to, że dość dokładnie zbierałem banany miałem dość szybko znacznie ulepszone parametry tych metamorfoz, co niewątpliwie uprościło różne sprawy. Z drugiej też strony zauważyłem, że każda z nich ma ruchy, które w rzeczywistości są mało przydane. Szczególnie jajowe bomby strusia czy gwałtowny obrót zebry i jej super pęd, którym właściwie nie da się sterować. Najsłabszą przemianą jest wąż, jest tak strasznie toporny, że gdy odpaliłem jego postgame’owe wyzwanie, poległem właściwie od razu…

Skoro mowa o porażkach, warto wspomnieć o tym, co się stanie, gdy straci się wszystkie serduszka (a o to dość łatwo). W sumie to niewiele, raptem 500 sztuk złota zniknie z naszego konta i trzeba będzie zacząć od ostatniego check pointu (jest ich masa). Trochę gorzej, że zużyte np. odrodzenie nie wraca, ale chyba nie było miejsca, gdzie nie można by go kupić przed chociażby walką z bossem. Nawet przed ostatnim zostaje dodany sklep; i tu mały protip, lepiej mieć zapas gotówki przed podejściem do niej. Skoro już wspomniałem o szefach, to jest ich tu wielu. Na każdego jest jakiś, najczęściej prosty sposób, ale spokojnie zdarzy się, że do danej walki trzeba będzie podejść przynajmniej dwa razy. Przy końcowych w ogóle wydaje się, że zadanie jest bardzo trudne, a potem odrywa się myk, dzięki któremu idzie znacznie prościej i zwykle wiąże się to z konkretną przemianą. Generalnie, im zdolności Donkey Konga będą mniej rozwinięte, tym bardziej będzie rosło każde wyzwanie. Tak więc do Was będzie należała decyzja, czy rzucić się do zbierania jak największej liczby bananów od razu, czy zostawić to na później, ale za to podnieść sobie trochę próg trudności.

W lokacjach znajdziemy też wielu mniejszych przeciwników. Zasadniczo dzielą się na kilka głównych typów, które potem są w różny sposób modyfikowane. Trochę szkoda, że twórcy nie pokusili się o ich większą różnorodność, ale to pewnie efekt tego, że powiązali je z terenem. Przykładowo, złote szkielety są pokrywane większą masą materii charakterystycznej dla danego poziomu. Może to być lawa, może to być metal, a każdy z tych pancerzy wymaga innego podejścia do zniszczenia go. Często możemy wykorzystać podłoże, skały czy nawet złote i wybuchowe bloki, które można podnieść i rzucić nimi. Rzucenie to w sumie lekkie niedopowiedzenie, ponieważ często trzeba dobrze wycelować (z efektywnością celności bywa różnie), do czego można również wykorzystać żyroskop w padzie. Generalnie wykorzystanie terenu jest w tej grze pierwszorzędne, nie tylko z powodu przekopywania się przez niego, ale i tego, jak bardzo jest użyteczny do różnych celów, w tym i swego rodzaju surfingu (niby fajny dodatek, ale w sumie rzadko z niego korzystałem).

Zanim przejdziemy do oprawy AV, warto jeszcze wspomnieć o kilku rzeczach. Bardzo dobrze, że dostaliśmy opcję detalicznej mapy (nawet są na niej pokazane zniszczenia!), którą można w pełni obracać. Plansze, jak wspomniałem, są rozległe i wielopoziomowe, więc bardzo ułatwia to orientację w terenie. Dodatkowo dostajemy dużo punktów podróżnych, do których można szybko się przenieść, żeby, chociażby, nie zasuwać z jednego krańca lokacji na drugi, czy dwa poziomy w górę, po jednego banana. Natomiast z jednym ułatwieniem twórcy mocno przesadzili – co chwilę pojawiają się podpowiedzi na ekranie, jakiego przycisku trzeba użyć, żeby coś zrobić. Przykładowo, ZR do oderwania kawałka terenu czy L do zanucenia, co z kolei pokaże aktualny cel. Dlaczego nie ma opcji w menu włączenia „pro interfejsu”, jak to Maniak określił, nie mam pojęcia, ale jego brak jest mocno irytujący.

Innym dziwnym i nieprzemyślanym rozwiązaniem jest automatyczne przejście do minigry „DK Artist”, gdy przez jakiś czas nie wykonamy ruchu w menu główny. No kurde, czemu?! Gdyby jeszcze dało się to szybko anulować, to luz, ale nie, trzeba za każdym razem zobaczyć ładowanie, tablice wyjaśniające, potem wejść do menu, wybrać wyjście, potem potwierdzić, że na pewno nie chce się tu być i nic zapisać, i aż chce się coś rozwalić, najlepiej konsolę na głowie pomysłodawcy tego przejścia. Natomiast sama zabawa w artystę ma pokazać korzystanie z Joy-Cona jako myszki i muszę przyznać, że sensor w niej działa zaskakująco dobrze. Sam proces tworzenia, czyli malowania i dłubania w kamiennych rzeźbach najbardziej podejdzie młodym graczom jako dodatek, ale postanowiłem też się tym pobawić i efekt będziecie mogli zobaczyć w galerii xD

Skoro znów pojawili się w tekście młodsi, to dobrym moment, żeby wspomnieć o trybie dla dwóch graczy. Pierwszy kontroluje Donkey Konga, natomiast drugi Pauline. Jednak zakres jej działań jest dość ograniczony, ponieważ przez cały czas siedzi na ramieniu goryla. Jednak swoim śpiewem może niszczyć teren czy zbierać jego kawałki i atakować wrogów. Co ciekawe, i tu twórcy zdecydowali się wykorzystać Joy-Myszkę. Tak więc co-op to bardziej lekki support dla protagonisty niż konkretna współpraca.

Pora przejść do oprawy wizualnej. W skrócie, jest świetna! Każda z warstw ma swój szczególny charakter, np. dżungli, zimowy, fast foodowego parku rozrywki czy mrocznej wulkanicznej sauny pełnej słoni. Wszystkie są wypełnione specyficznymi mieszkańcami, pełne szczegółów i generalnie bardzo pomysłowe. Zwiedzanie (i niszczenie!) ich, to czysta przyjemność! Właściwie jedyna rzecz, która przeszkadza w jej odbiorze, to pojawiające się co jakiś czas problemy z kamerą, najczęściej gdy jesteśmy gdzieś zakopani i prześwituje tylko kawałek powierzchni – gra zamiast wygenerować jej obraz potrafi walnąć brązowawą plamę i wygląda to po prostu słabo. A poza tym jest bajecznie i kolorowo! Po tysiącach godzin, które spędziłem z pierwszym Switchem muszę też powiedzieć, że Donkey Kong Bananza jest świetnym przykładem na to, jak duża różnica jest między obiema generacjami Pstryczka. Wciąż, nie wystarczyło to, by utrzymać w pełni płynny obraz przez cały czas. Kilka spadków klatkażu zauważyłem głównie przy masowym rozwalaniu terenu i jakoś przy dwóch walkach z bossami. Są też jakieś małe wpadki czy niedociągnięcia, gdy przystanie się na dłużej, ale generalnie gra zarówno na handheldzie, jak i na większym ekranie jest czystą przyjemnością dla oczu. Za to czasy ładowania przejść pomiędzy warstwami są dość krótkie, a gdy już się jest w danej, to mimo jej rozległości nie ma już żadnych. Nawet skorzystanie z szybkiej podróży jest niemal natychmiastowe, ponieważ opóźnienie wynika tylko z czasu potrzebnego na wyskoczenie węgorza transportowego.

W przypadku muzyki jest równie świetnie. Donkey Kong zawsze miał wpadającą w ucho muzykę, ale w Bananzie jest ona ważnym motywem fabularnym, więc podkład dźwiękowy musiał wejść na wyższy poziom i kompozytorowi zdecydowanie się to udało. Same plansze mają dość ambientowe melodie, ale gdy przychodzi do akcji, potrafią przybrać przeróżne oblicza, od elektro, przez swing po nawet gitarowe. Oczywiście nie zabrakło też solidnych, orkiestrowych, podnoszących stawkę kawałków, które robią robotę. I o ile do samej muzyki czy efektów dźwiękowych trudno mieć zastrzeżenia, tak dość niekonsekwentna jest kwestia głosów postaci. Pauline jako jedyna mówi po ludzku, a konkretnie po angielsku w Zachodnim wydaniu, natomiast wszystkie piosenki, poza jedną, są wykonywane przez inną wokalistkę. Nawet mnie to nie dziwi, bo ten jeden utwór, który śpiewa, wypada mocno przeciętnie i pewnie nie poradziłaby sobie tak dobrze w bełkotliwych tekstach. Wszyscy mieszkańcy podziemnych krain odzywają się swoimi własnymi wymyślnymi dialektami i to jest spoko. Trochę mnie też dziwi, że wszyscy wszystko rozumieją, czy to mowa o Pauline, czy innych, którzy rozumieją ją, mimo kompletnie różnych języków i bez kontekstu. Ale Maniak stwierdził, że jest to spoko rozwiązanie, więc się nie czepiam już.

Zasadniczo świetnie bawiłem się w Donkey Kong Bananza i żałuję, że nie mam czasu wymaksować tej gry. Chociażby z tego powodu mam ochotę wystawić produkcji naszą maksymalną ocenę, ale z drugiej strony jest tu też kilka niedociągnięć. Niby nieduże, ale trochę irytujące, jak te brązowe plamy czy brak opcji wyłączenia podpowiedzi sterowania. Niby nie wpływają na bardzo przyjemny gameplay, ale też pokazują, że gra mogła być bardziej docięta po niektórymi względami. Wciąż płynność rozgrywki, wspaniale zaprojektowane poziomy oraz świetnie sprawdzająca się świeża mechanika przekopywania się przez teren oraz wykorzystanie go do poruszania się i walki jednak są ważniejsze i ostatecznie wspomniane słabsze elementy gubią się w tej ekscytującej przygodzie. Tak więc ostatecznie mogę stwierdzić, że dla posiadaczy Switcha 2 Donkey Kong Bananza to pozycja obowiązkowa!


Dodatkowa opinia


Maniak:

Nintendo zdecydowanie ma bardzo ambitne plany związane z Donkey Kongiem. Jak inaczej wytłumaczyć to, że prace nad pierwszą pełnoprawną platformówką 3D z Małpiszonem przekazano w ręce zespołu odpowiedzialnego za fantastyczne Super Mario Odyssey? Donkey Kong Bananza nie jest jednak po prostu kolejnym trójwymiarowym Mario w futrzastym przebraniu. Nintendo EPD Tokyo przygotowało bowiem grę i wykorzystującą specyficzne cechy Donkey Konga odróżniające go od Hydraulika, i też celebrującą całą ponad 40-letnią historię serii.

Tytuł wrzuca nas do kolejnych rozbudowanych piaskownic, stawiając na mapie znacznik wskazujący położenie celu, do którego musimy się dostać, aby kontynuować przygodę. Progres nie jest blokowany wymaganą ilością bananów do zebrania, zamiast tego twórcy zaufali wrodzonej ciekawości graczy. Przez cały czas miałem ochotę na zajrzenie do każdego skrawka mapy, aby upewnić się, że nie przeoczyłem zbyt dużej liczby atrakcji. Nie ma też „prawidłowego” sposobu na zabawę w Bananzie. Tak, zwykle każdego banana można znaleźć w organiczny sposób, wypatrując na przykład poszlak w środowisku lub zachęcająco wyglądającej jaskini. Po wykryciu znajdziek sonarem zazwyczaj nic nie stoi na przeszkodzie, aby do celu dostać się poprzez eksperymentowanie z bardzo rozbudowanym zbiorem ruchów DK-a, na czele których stoi oczywiście możliwość przekopania się przez większość terenu dzielącego bohatera od przepysznej, wypełnionej potasem nagrody.

Jeśli ktoś obawiał się, że pierwszy Donkey Kong jest tworzony przez wewnętrzne studio Nintendo od czasu Donkey Kong Jungle Beat i zignoruje ono erę Rare, to bardzo szybko pozytywnie się zaskoczy. Bananza wręcz kipi od odniesień do klasycznych odsłon Donkey Kong Country. Czuć to zarówno w mniejszych elementach, jak znajome „Ohh-Banana!” odgrywane przy skosztowaniu kolejnego skrawka banandium, nostalgicznych poziomach 2D bezpośrednio adaptujących platformówki na SNES-a, czy w końcu w całej szacie graficznej łączącej zgrabnie styl współczesnego Nintendo i estetykę Rare. Nie chcę wchodzić w terytorium spolierów, ale ostatnie parę godzin Bananzy to już pod tym względem całkowita jazda bez trzymanki. Czuć po prostu, że twórcy Bananzy są olbrzymimi fanami Donkey Kong Country i wielu z nich pewnie nawet się wychowało na grach Rare.

Donkey Kong Bananza ukończyłem na 100%, zbierając wszystkie 1000 możliwych do skolekcjonowania bananów, co zajęło mi niecałe 50 godzin. I śmiało mogę stwierdzić, że to absolutnie fenomenalna platformówka i w tym momencie prawdopodobnie najlepszy argument za inwestycją w nową konsolę. DK powrócił w wielkim stylu, a jego przyszłość rysuje się w barwach złotych niczym skórka smakowicie dojrzałego banana.


Zakup obowiązkowy!


Producent: Nintendo EPD Tokyo
Wydawca: Nintendo
Data wydania: 17 lipca 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 8,7 GB
Cena: 289,80 PLN

Zapraszamy również do przeczytania innych recenzji gier z potężnym gorylem: Donkey Kong Country Returns HDDonkey Kong Country: Tropical FreezeDonkey Kong Country (SNES).

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *