Hollow Knight: Silksong

Więcej, ambitniej, trudniej.

Czuć, że Team Cherry podczas tworzenia Hollow Knight: Silksong kierowało się filozofią niepohamowanej ambicji. Początkowo nowa przygoda z Hornet w roli głównej miała być po prostu kolejnym DLC obiecanym wspierającym oryginalnej gry w ramach jednej z nagród na Kickstarterze. Następnie podjęli jednak decyzję o rozwinięciu koncepcji do pełnoprawnego sequela, czym podzielili się ze światem w 2019 roku. Jednak okazało się, że i to nie wystarczyło, aby zaspokoić Team Cherry, bowiem po tej zapowiedzi na premierę gry musieliśmy czekać aż 6 lat. 6 lat, w trakcie których deweloperzy stale dodawali do gry nowe elementy i jeszcze bardziej ją rozbudowywali.

I najzabawniejsze jest chyba to, że po prawie dekadzie wciąż ciężko uwierzyć, że zaledwie garstce gości z Australii udało się stworzyć grę tak olbrzymią w tak krótkim czasie. Hollow Knight: Silksong jest bowiem znacznie większą przygodą niż ktokolwiek mógł się spodziewać.

Twórcy nie pozwolili, aby założenia gatunku metroidvanii ich ograniczały. O ile bowiem pierwszego Hollow Knighta śmiało można uznać za przepięknie zrealizowaną i dopracowaną metroidvanię połączoną z mechanikami znanymi chociażby z serii Dark Souls, tak Silksong idzie o krok dalej. To pozycja znacznie bardziej otwarta niż jej poprzednik, praktycznie dająca graczowi bardzo dużo wolnej ręki w tym, w jaki sposób powinien dotrzeć do celu. Czuć tutaj inspiracje nowymi i klasycznymi Zeldami czy Elden Ringiem, przeniesione w świat platformówki 2D.

Akcja Silksong rozgrywa się jakiś czas po wydarzeniach kończących pierwszą część. Hornet, złapana w niewolę przez tajemnicze robale, zostaje przetransportowana z Hollownest do zupełnie nowego królestwa o nazwie Pharloom. Naszej protagonistce oczywiście udaje się wydostać z pułapki, lecz jej wrodzona ciekawość nie pozwala jest pozostawić zagadki bez rozwiązania. Dlatego decyduje się sama sprawdzić, czego dokładnie potrzebowali od niej zamaskowani porywacze i kto wydał rozkaz o jej pojmaniu.

Po tym wstępie na rozległej i w zdecydowanej większości wyszarzonej mapie pojawia się znacznik wskazujący nam bardzo oddalony cel, a gra puszcza rowerek, na którym jechaliśmy, wierząc, że sami odnajdziemy drogę. Jest to o tyle łatwe, że de facto nie ma tutaj jednej prawidłowej ścieżki, wzdłuż której powinniśmy podążać. Zrujnowane królestwo Pharloom jest bowiem przepełnione całkowicie opcjonalnymi zadaniami pobocznymi, mieszkańcami chcącymi się podzielić specjalnym wzywaniem lub krótkim dialogiem rzucającym więcej światła na historię królestwa, a nawet całymi lokacjami, które nie są tak naprawdę obowiązkowe, dopóki nie postanowimy odblokować prawdziwego zakończenia oddalonego dziesiątki godzin od startu.

Mamy więc tutaj do czynienia z połączeniem bardzo pasujących do siebie elementów zapożyczonych z wielu gatunków. Wciąż czuć tutaj DNA metroidvanii, gdyż droga naprzód często zostaje zablokowana przez przeszkodę, którą moża pokonać tylko odblokowując kolejną umiejętność Hornet. Możliwość niekiedy pomysłowego omijania tych przeszkód przywodzi na myśl wspomniane przygody w otwartych światach opierających się na wydobywaniu z graczy wrodzonej żądzy eksploracji i odkrywania. No i w końcu mamy też walkę, która, tak jak w jedynce, jest definiowana przez prosty, ale oddający graczowi pełną kontrolę nad postacią oraz wymagający system walki. Jednak drastyczne zmiany zajrzały także i do niego.

Jeśli w pierwszym Hollow Knight spędziliście dziesiątki lub nawet setki godzin, w pierwszych godzinach Silksong przyjdzie Wam się zmierzyć z najcięższym i najtrudniejszym do pokonania bossem – pamięcią mięśniową. Z pozoru Hornet steruje się bardzo podobnie jak Rycerzem. Podstawowy atak igłą protagonistki ma nieco inny zasięg i prędkość niż mieczyk, ale najwięcej problemów sprawia nowy atak z wyskoku. Znajome pogo polegające na odbijaniu się od głów przeciwników za pomocą dolnego cięcia zostało zastąpione nowym ruchem, w trakcie którego Hornet w powietrzu pod kątem uderza w znajdujący się pod nią cel. Sprawia to, że ciągłe odbijanie się od głów przeciwników jest znacznie trudniejsze, a stare nawyki szybko zostają ukarane.

Ta z pozoru niewielka, lecz posiadająca olbrzymie konsekwencje zmiana, daje nam na początku przygody jasny sygnał – gra będzie wymagająca, niezależnie od tego czy na Hollow Knight już zjedliście zęby, czy Silksong jest waszym pierwszym zetknięciem z serią. Wszystko jest tutaj do pewnego stopnia znajome, a jednocześnie na tyle świeże, że im szybciej pozbędziemy się przyzwyczajeń, tym szybciej gra nas za to wynagrodzi. Dodatkowo wspomniany zakres ruchów Hornet możemy nie tylko ulepszyć, ale nawet wymienić, odblokowując kolejne style walki wraz z dalszą eksploracją Pharloom.

Walki z bossami nadal, rzecz jasna, są niezwykle wymagające, ale też pomysłowo zaprojektowane. Co prawda czasami przebiegnięcie z ławeczki, do której teleportujemy się po przegranej, z powrotem do hali zamieszkiwanej przez bossa potrafi wywołać więcej frustracji niż sama walka, ale dzięki temu stawki są jeszcze większe, a poczucie euforii po uporaniu się z przeciwnikiem olbrzymie.

Liczba opcji eksperymentowania z naszym ekwipunkiem została także rozszerzona przez narzędzia, które możemy budować za pomocą pozostawianych przez wrogów łuski, rozszerzające zdolności bohaterki chociażby o ostrza, które możemy rzucać w kierunku wyjątkowo upierdliwych latających robali, podróżujące piły wrzynające się w zbliżających się do nas przeciwników czy mikstur zwiększających potencjał bojowy Hornet na kilka sekund. Oczywiście wraca też system amuletów, które po wyekwipowaniu wspomagają nas stałymi wzmocnieniami, choć i one przeszły lifting wymuszający korzystanie z odgórnie narzuconego ograniczenia dostępnych slotów. W pierwszym Hollow Knight amulety związane z ułatwianiem eksploracji stawały się często bezużyteczne w późniejszych częściach gry, gdy ważniejsze było zwiększanie ofensywy i defensywy. Silksong rozwiązuje ten problem, dzieląc przedmioty na dwie kategorie i serwując dla każdej z nich oddzielny zestaw slotów.

Jeśli chcemy, możemy tryhardować i tracić czas, używając przy walkach z bossami tylko podstawowych cięć igłą. Odpowiednie przygotowanie się oraz zrozumienie silnych i słabych stron przeciwnika zazwyczaj nas ratuje przed wielogodzinnym zablokowaniem się na jednej walce. Gra regularnie, czasami bardzo brutalnie, każe nam wychodzić ze strefy komfortu, licząc, że dzięki temu w pełni zaczniemy doceniać niezwykle bogaty arsenał poukrywany po całej mapie Pharloom.

Nie oznacza to koniecznie, że nagrody są jedynym motorem napędowym przygody. Tak jak w oryginalne, największą siłą Silksong jest atmosfera. Każda interakcja z postaciami pobocznymi, pełna środowiskowej narracji lokacja, wrogo nastawiona banda tubylców broniąca ostatniego skrawka należącego do nich upadłego królestwa i melancholijna melodia skomponowana przez jak zawsze niezawodzącego Christophera Larkina buduje nam obraz przepięknego, lecz wypełnionego niesprawiedliwością świata, który pożarł swoje własne dzieci. Wciąż jest to przygoda w większości odosobniona, lecz Silksong serwuje znacznie więcej okazji do rozmów z przyjaźniej nastawionymi mieszkańcami i pielgrzymami, którzy razem z Hornet starają się doczołgać bliżej powierzchni – jak chociażby młody, optymistyczny, ale niedoświadczony i wyśmiewający Hornet za jej sceptycyzm wędrowiec Sherma, czy również podróżująca z daleka w poszukiwaniu swojej mistrzyni wojowniczka Shakra wspierająca bohaterkę kolekcją map na sprzedaż. Niejako dzięki często napotykanym NPC główny wątek w Silksong jest znacznie łatwiejszy do śledzenia i interpretacji niż w pierwszym Hollow Knight – głównie dzięki temu, że tym razem Hornet nie jest niemą protagonistką i niezwykle chętnie wchodzi z nieznajomymi w dyskusje.

Interakcje z tubylcami rzucają więcej światła nie tylko na tragiczną historię Pharloom, ale czasami także na naszą protagonistkę. Reakcje postaci na kąśliwe uwagi Hornet ogląda się z zaciekawieniem, chociaż niektórzy sprzymierzeńcy są może do niej nastawieni nieco zbyt przychylnie…

Interakcje z przyjaźnie lub przynajmniej mniej wrogo nastawionymi do nas postaciami dają krótką przerwę od samotnego przemierzenia świata, w którym zagrożenie czai się za każdym kątem. Jednak tak szybko, jak uczucie ulgi się pojawia, tak samo szybko nabieramy ponownej ochoty na powrót do zabójczo pięknej mapy Pharloom, aby ponownie się w niej zagubić, zboczyć z głównej ścieżki choć tylko na moment, a potem spędzić kolejne kilka godzin na zwiedzaniu zupełnie opcjonalnej i olbrzymiej lokacji, która początkowo wydawała się być tylko krótką wycieczką. Silksong to gra, która cały czas zaskakuje swoją skalą i błaga o to, aby się w niej zanurzyć.

Wisienką na torcie jest zaskakujący trzeci akt historii, który zmusza Hornet do zmierzenia się z konsekwencjami jej działań. Nie chcę zdradzać oczywiście zbyt wiele, ale wspomnę jedynie, że po pokonaniu „finałowego” bossa i spełnieniu serii wymagań do odblokowania prawdziwego zakończenia, gra otwiera się jeszcze bardziej, dorzuca do i tak jak najbardziej kompletnej i wypełnionej po brzegi paczki jeszcze większą liczbę aktywności. Z ręką na sercu mogę napisać, że to Silksong ma jedno z najbardziej zaskakujących i imponujących podejść do konceptu „postgame”, jakie kiedykolwiek doświadczyłem. I nie mogę się doczekać, aby zobaczyć, co deweloperzy planują na przyszłość, bowiem tak jak wcześniej, Hollow Knight: Silksong również ma otrzymać szereg darmowych dodatków ubogacających doświadczenie. Czekam z podekscytowaniem, ale jednocześnie cierpliwie. Team Cherry po raz kolejny dowiozło grę, która zapisze się w historii. Teraz po ośmiu latach zasługują na chociaż chwilę odpoczynku.


Zakup obowiązkowy!


Producent: Team Cherry
Wydawca: Team Cherry
Data wydania: 4 września 2025 r.
Dystrybucja: cyfrowa
Waga: 2.8 GB
Cena: 91,99 PLN
Platformy: Nintendo Switch 2, Nintendo Switch, PlayStation 5, PlayStation 4, Xbox Series X|S, Xbox One, Steam, MacOS, Linux


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *