Mortal Kombat – przemyślenia po dwóch częściach filmowego rebootu
Część rzeczy działa, część nie działa, ale jest dość rozrywkowo.
Pod koniec kwietnia 2026 roku miałem okazję zapoznać się z albumem „Mortal Kombat: Flawless Victory” wydanym w Polsce przez Gamebooka. Książka przeprowadza czytelnika przez 30 lat bijatykowej serii i obok przypomnienia mi, ile części było, kto się przez nią przewinął itd., dała mi okazję do ponownego podumania nad ostatnim growym rebootem. Dodatkowo na początku maja premierę w kinach miał Mortal Kombat II. Zastanawiałem się, czy iść, a że ogólnie do kina idę od święta, to skończyło się na zastanawianiu. Los jednak miał inne plany względem mnie i tego filmu, ponieważ wieczorem po pierwszym dniu CD-Action EXPO wraz z Maniakiem chcieliśmy jeszcze zagospodarować sobie jakoś czas przed rozejściem się na kwatery. Naprzeciwko miejsca eventu była galeria z Heliosem i coś mnie tknęło, żeby sprawdzić, czy jeszcze grają MKII i nawet grali! W trakcie i po seansie miałem sporo przemyśleń na temat tego, co zobaczyłem. Po powrocie do domu obejrzałem jeszcze ponownie jedynkę i stwierdziłem, że a co mi tam, o filmach jeszcze nie napisałem żadnego tekstu, więc zrobię ten dla zabawy.
Mortal Kombat (2021)
Chciałem przypomnieć sobie jedynkę przed obejrzeniem dwójki, ale że w końcu zrezygnowałem z pójścia na nią, temat został otwarty. Przed seansem dwójki podczas rozmowy z Maniakiem okazało się, że po pięciu latach od obejrzenia MK pamiętałem tylko początek i że na końcu dali wprowadzenie do części drugiej. Ogólnie nawet mnie to nie dziwi, coraz rzadziej zapamiętuję na dłużej szczegóły filmów i seriali; zapewne gry zajmują w mojej bazie pamięci za dużo miejsca. Wciąż jednak kojarzę, że oglądanie MK w domu po buchu i przy piwku dało mi całkiem przyjemnie spędzony czas. Ponowne odpalenie tej growej adaptacji niewiele w tej kwestii zmieniło – wciąż miło przeleciały mi przy niej prawie dwie godziny i nie miałem wrażenia nudy czy przeciągania.

Zanim przejdę dalej, muszę zaznaczyć, że nie należę do osób, które wymagają wiernych adaptacji – póki wizja nowych autorów mam sens, a aktorzy wystarczająco dobrze zrobią swoją część, nie ruszają mnie zmiany w „kanonie”. W przypadku Mortal Kombat i jego długiej historii właściwie wszystkie postaci przeszły mniejsze i większe przemiany, począwszy od charakterów, po strony po których stali, a na wyglądzie kończąc. Pod tym kątem twórcy filmu mieli więc sporo swobody, ale nie do końca wyszły im castingowe wybory. Najbardziej razi Raiden – wszyscy znamy go jako białego faceta, a tu pojawia się w formie Azjaty. Już w jedynce, a potem i dwójce mocno nie siedział mi jego chiński akcent i głos. Raiden powinien emanować autorytetem, a aktor Tandanobu Asano nie ma odpowiedniego głosu (gdy sprawdzałem aktora boga piorunów, przez ten chiński akcent nie przypuszczałbym, że jest Japończykiem). Z kolei Hiroyuki Sanda, który został wybrany do roli Hanzo Hasashiego, później zwanego Skorpionem, wydaje się za stary do tej roli, szczególnie że na początku widzimy jego młodszą żonę i bardzo młode dzieci. Średnio wypada też Chin Han jako Shang Tsung – z jednej strony ma za mało złowieszczą twarz, z drugiej postać czarnoksiężnika w tym filmie bardziej przypomina bogacza z wyższych sfer niż mrocznego knuciciela.

Bardziej przekonująco wypada reszta obsady. Joe Taslim (znam go z serialu „Warrior”) dobrze wypada jako Bi-Han/Sub-Zero dzięki swojemu opanowaniu. Mehcad Brooks jest przekonujący jako Jax, poza tym z racji utraty rąk miał najwięcej emocji do pokazania w tym filmie. Jessica McNamee jako Sonya Blade ujdzie, większy problem mam z ogólnym charakterem tej postaci – duża pewność siebie, która nie do końca idzie w parze ze zbyt luźnym sposobem bycia. Wisienką na torcie jest natomiast postać Kano – najemnik irlandzkiego pochodzenia z ciętym językiem, bucowatością i wybujałym ego wypada najlepiej z całej tej zbieraniny postaci znanych z gier. Josh Lawson zrobił świetną robotę, wcielając się w tę rolę. Szkoda, że tak dobrze nie wypadają też Liu Kang (Ludi Lin) oraz Kung Lao (Max Huang). W sumie Liu Kang jeszcze się sprawdza, biorąc pod uwagę określenie go jako młodszego adepta, ale też przy okazji wydaje się zbyt podlizywać niezmiernie sztywnemu przez swoją wyższość w sztukach walki Kung Lao. Reszta wojowników z gry, którzy się tu przewijają, ma zbyt małe role, by warto było bardziej się rozpisywać.

I w końcu docieramy do głównego bohatera, swego rodzaju odpowiednika Shujinko z Mortal Kombat: Deception, Cole’a Younga. Fabuła filmu informuje nas, że jest on potomkiem Hanzo Hasashiego i z tej racji został odgórnie wybrany do walki w turnieju. Tyle dobrze, że ma jakieś doświadczenie w sztukach walki, choć nie można powiedzieć, żeby jego kariera w MMA to potwierdzała. Jednak zbliża się kolejny Mortal Kombat, a wymiar ziemski ma już na koncie dziewięć porażek – jeszcze jedna i wpadnie pod kontrolę Shang Tsunga. Cole, po początkowym niedowierzaniu, decyduje się stanąć do walki w obronie Ziemi, przede wszystkim aby chronić swoją rodzinę. Generalnie pomysł ze stworzeniem takiej nowej postaci na potrzeby filmu sam w sobie nie jest zły. Sęk w tym, że postać zagrana przez Lewisa Tana nie wyróżnia się zbytnio na tle innych, kanonicznych wojowników i wydaje się zwyczajnie nudnawa. Dodatkowo moc, którą potem nabywa, jest taka jakaś nijaka, a już szczególnie te tonfy (choć bardzo lubię je jako broń).

Ostatnie kilka gier z serii Mortal Kombat przyzwyczaiło fanów do porządniejszych, rozpisanych na dłużą ilość czasu fabuł. Film nie daje tych możliwości, trzeba wrzucić więcej rzeczy naraz, co przekłada się na różne skróty. Najbardziej pod tym kątem są odczuwalne knowania i działania Shang Tsunga, które zostają za mało przybliżone. Więcej czasu antenowego dostali mieszkańcu Ziemi i tu rozwijanie fabuły wypada lepiej. Wciąż trzeba pamiętać, że całą osią jest tylko „zbieramy i trenujemy wojowników do turnieju, a przy okazji bronimy się przed podstępnym atakiem”. Wciąż jednak uważam, że rozmowy osób związanych z siłami dobra zostały wystarczająco dobrze napisane, jak na taki film. Szerokie kąty podczas dialogów, mówienie podczas poruszania się, a więc dzięki temu większe pole na grę ciałem, pomagają w prezentacji postaci. Pod kątem scenariusza trudno mówić o pozycji wysokich lotów, ale jest wystarczająco sprawnie popycha wydarzenia przy ograniczonym czasie filmu. Chociaż trudno nie zwrócić uwagi na takie głupoty, jak „skoczmy ze spadochronami na pustynię bez żadnego przygotowania się pod kątem prowiantu czy chociażby wody”. Z drugiej strony nie jest to znów częste.

Pod kątem wizualnym twórcy ograniczyli się do „ziemskich” lokacji, jak ulice, magazyny czy las. Właściwie tylko świątynia do trenowania jest ciekawszym miejscem, gdzie twórcy musieli włożyć więcej wysiłku w oryginalną scenografię. Jednak pod kątem fabuły tej części filmu jest to wystarczające. Efekty wizualne zostały wykonane z dużą starannością. Ba, nawet Goro wypada przekonująco – nie będę specjalnie teraz sprawdzał w necie, ale nie wygląda, jakby nie był w głównej mierze zrobiony w CGI. Choreografia walk jest w porządku. Jedne są lepsze, inne słabsze (cały motyw z Nitarą czy próba rozwalania lodu, zamiast skupienie się na walce z Sub-Zero), ale nie brakuje w nich brutalności oraz gore, z których słynie gra i mnie oglądanie tego wystarczająco usatysfakcjonowało.
Najgorszym elementem Mortal Kombat jest na pewno muzyka. Sama w sobie nie jest zła, ale w głównej mierze twórcy wybrali podkład filmowy czyli orkiestrową pompę… Jest kilka miejsc, w których się tu sprawdza, ale w szerszej perspektywie po prostu nie siedzi w tej produkcji. Mortal Kombat, a już szczególnie ten filmu, nie jest żadną epopeją, żeby taka muzyka dobrze zgrywała się z tym, co oglądamy. Sytuację pogarszają domieszki techniawy wplatanej podczas walk, co w efekcie tworzy bezsensowną rąbankę. Widziałem na IMDB, że film w Australii dostał jakieś nagrody za inżynierię dźwięku i nominację do najlepszego OST-a, heh.

Ogólnie Mortal Kombat jest według mnie w miarę sprawnie zrealizowaną adaptacją gry, w której brutalnie leje się po mordach i wypruwa flaki. Część decyzji siedzi, część nie i w zależności od własnego ortodoksyjnego spojrzenia na takie adaptacje zostanie przez to odebrany lepiej lub gorzej. Podczas dwóch seansów nie nudziłem się, zrobiłem kilka face palmów (Skorpion mówi po japońsku, a potem nagle wyskakuje z „Get over here!” z zupełnie niepasującym głosem…) oraz kilka rzeczy ucieszyło przez nawiązania do gry. Myślę, że gdyby tylko główny bohater został lepiej napisany oraz muzyka byłaby lepiej dobrana, film spotkałby się z lepszym przyjęciem.









Najnowsze komentarze