Starlink: Battle for Atlas

Otwarty świat to za mało. Otwarty kosmos – to lubię!

Ubisoft był jednym z wydawców, który długo walczył o zainteresowanie graczy posiadających konsole Nintendo. Jako jeden z ostatnich porzucił Wii U, tworząc (mocno spóźniony) port Watch_Dogs. Jako jeden z pierwszych ogłosił ekskluzywne dla Switcha Mario + Rabbids, remastery Assassin’s Creed czy wreszcie zupełną świeżynkę – recenzowane Starlink: Battle for Atlas. I chociaż gra reklamowana głównie była poprzez integracje z fizycznymi zabawkami, to gameplay broni się sam.

Na każdą z widocznym planet da się dolecieć – i każda z planet jest inna.

Historia raczej nie zrobi na nikim wrażenia – mimo umiejscowienia akcji w kosmosie nie ma szans na intrygi czy poziom rozbudowania niczym w Mass Effect. To gra skierowana również do młodszych odbiorców, na co ewidentnie wskazuje pełny polski dubbing, w który zaangażowano znanego dzieciakom Blowka. Ja jestem chyba na to trochę za stary, więc mimo że polskie głosy niektórym się spodobają, ja szybko zamieniłem je na angielskie.

W tym świecie ludzkość opanowała podróże międzyplanetarne i międzygwiezdne, a my jako zespół przedstawicieli różnych ras trafiamy do układu zwanego Atlas, gdzie porwany zostaje nasz przywódca i mentor (na oko wygląda też na jedyną dorosłą osobę na statku). Okazuje się, że za tym występkiem stoi Zapomniany Legion, który ma fioła na punkcie starożytnych technologii, które pozwoliłaby na przejęcie władzy w Atlasie, a potencjalnie nawet w całej galaktyce. Naszym zadaniem jest więc odbicie staruszka, zniszczenie Legionu i wytrzymanie czerstwego humoru naszej załogi. Na pewno plusem w historii będzie fakt krótkich, ale pojawiających się sporadycznie misji z kampanii Star Foxa – miły dodatek dla fanów Nintendo, tym bardziej, że nie uświadczymy ich na innych platformach.

Kosmos może być w niebezpieczeństwie, ale jak trzeba zdjąć jakieś cholerstwo z kosmicznego zwierzaczka, to to robisz!

By tego dokonać musimy zbudować sojusze na planetach układu, wykonując dla nich zróżnicowane zadania. I tutaj muszę powiedzieć, że mimo fabularnej nudy same aktywności są ciekawe i zachęcają swoją konstrukcją do “czyszczenia mapy”. Zapomniane ruiny, stacje badawcze, bazy wrogów, nadajniki, badanie dzikiej fauny – mapa roi się od znaczników z nimi, więc, cholera, zawsze jest coś do zrobienia, co wręcz narkotycznie przyciąga i zmienia 15 minut w kilka godzin. Dość powiedzieć, że by przekonać do naszych racji miejscowych, musimy dla nich wykonać pojedynczą misję (inną dla każdego typu sojuszniczej miejscówki), a potem możemy bazy jeszcze ulepszać – tutaj już dowolnie: jak nas stać, to po prostu hajsem, możemy je podlevelować, sprzedając im surowce czy wykonując kolejne misje poboczne. Do dyspozycji mamy 7 planet (plus księżyc w ramach darmowego DLC, wprowadzający arenę walk i wyścigi) i każda z nich jest zupełnie inna nie tylko pod względem wyglądu, zwierząt czy roślinności, ale też mechanik – na lodowej musimy na siebie uważać, by nie zamarznąć, a na kolejnej nie zostawać zbyt długo nad jeziorem kwasu.

Eksploracja czy walka na planetach to najlepszy element gry, lecimy bowiem lekko nad ziemią, przez co Starlink wydaje się klasyczną grą TPP. Niemal w każdej chwili możemy jednak wzbić maszynę w powietrze, by przebić atmosferę (sprytnie ukryto tutaj loading) i wyruszyć na podbój kosmosu. No i w tym momencie już tak fajnie nie jest. Sterowanie rozwiązano poprawnie, ale ani kosmiczne bitwy, ani podróże międzyplanetarne nie sprawiają większej frajdy. Zacznijmy może od pokonywania większych odległości. Do dyspozycji mamy dopalacz, ale także hipernapęd, który teoretycznie powinien być domyślną formą podróży. Ten jednak ma kilka znaczących wad. Najsmutniejszy to brak poczucia prędkości – jasne, poruszamy się wyraźnie szybciej, ale jako gracze totalnie tego nie czujemy. W trakcie używania hipernapędu trafiamy też na nadprzestrzenne pułapki Legionu/banitów – są nimi wielkie koła energii, z małymi ruszającymi się dziurami, w które musimy trafić. Nie trafimy – jeb, musimy walczyć – a że sterowność jest mocno ograniczona, to trafić bardzo ciężko.

Hipernapęd jest przereklamowany – może i lecimy lekko szybciej, ale co chwilę nas atakują.

A same walki są… różne. Te na planetach całkiem poprawne, szybko natomiast stają się monotonne – każdy ekstraktor Legionu niszczy się tak samo, podobnie jak kroczące maszyny Pierwszych czy latające Dreadnoughty. W trakcie fabuły nie jest źle, bo nie zdążymy się do tego zbytnio przyzwyczaić, natomiast w fazie end-game, chcąc wyczyścić mapę, to konieczność zadbania o pokój w galaktyce może po prostu irytować. Pojedynki w kosmosie to zupełnie inna bajka – tutaj jest po prostu bardzo trudno.  Przy większej ilości wrogów ciężko kontrolować pole bitwy, przeciwnik może być dosłownie wszędzie, nie da się więc wygrać bez umiejętnego manewrowania czy używania tarczy. Zmuszony byłem też lekko podgrindować, by wykonać konkretne zadania. Jeśli grę odpalają młodsi gracze – nie ma wstydu grać na easy.

No właśnie, grind. Ten w grze jest obecny, wpleciono bowiem w Starlinka zarówno elementy RPG, jak i toys-to-life. Te pierwsze przejawiają się głównie w ramach rozwoju pilota na prostym drzewku skilli, rozwijaniu konkretnych broni czy ekwipowaniu specjalnych modułów. Drugi element to używanie fizycznych statków. Otóż do połączonych gripem Joy-conów podpinamy stojaczek, na którym umieszczamy statek, bronie oraz figurkę pilota (w wersji Switch podstawowo dostajemy pakiet ze Starfoxa). W każdej chwili rozgrywki możemy odpinać skrzydła, przestawiać bronie (tak, da się strzelać w tył) czy nawet wymienić cały statek (jeśli tylko kupiliśmy sobie drugi) – nie wiem jak to działa, ale jestem pod wrażeniem płynności i natychmiastowości. Wersję fizyczną dawno sprzedałem, więc niestety nie mam dla Was zdjęć, ale zaręczam, że poziom wykonania statku Foxa zdecydowanie nie jest badziewny. A że wersję fizyczną można zgarnąć naprawdę tanio, to dla samej figurki można się zastanowić.

Zabawki już nie mam, ale wspominam ją bardzo dobrze – jak za tę cenę super sprawa.

A co mają zrobić posiadacze Switcha Lite? Figurka nie jest niezbędna do gry – modyfikować uzbrojenie możemy również w menu pauzy, chociaż oczywiście nie robi to takiego wrażenia. Całą grę da się przejść statkiem Foxa (dodatkowo cyfrowo dostajemy statek podstawowy dla innych wersji gry), niestety posiadanie większej ilości figurek dla niektórych może okazać się niezbędne przez pewne mechaniki pay-2-win. Osoby chcące ukończyć grę na 100% potrzebować będą dodatkowych broni – w podstawowym pakiecie nie znajdziecie niektórych żywiołów koniecznych do wykonania zadań podocznych. Natomiast większości graczy przydałyby się dodatkowe statki – gdy bowiem nasz wehikuł zostanie zniszczony, możemy go od ręki podmienić na inny, jeśli taki posiadamy. Jeśli wygramy walkę, możemy statki naprawić, a jeśli skończą nam się statki – game over, zapraszamy do checkpoint’u. Wkurzało mnie to niemiłosiernie pod koniec gry, więc zmniejszyłem poziom trudności i zamieniłem wersję gry z fizycznej na cyfrową – ta posiada więcej statków i uzbrojenia, nie trzeba więc kupować nic więcej.

Starlink hula na silniku Snowdrop znanym z The Division czy wspomnianej już switchowej gry Mario + Rabbids. Cieszą krótkie loadingi, ogrom i zróżnicowanie świata przedstawionego, nie ma jednak mowy o tym, by jakkolwiek konkurować pod względem wykonania z przygodą Mariana – rozdzielczość jest dość niska, a płynność w trybie przenośnym to granice 25-30 klatek. Po podpięciu do telewizora jest lepiej jeśli chodzi o płynność, mam jednak wrażenie że Switch naprawdę robi wszystko, by sprostać oczekiwaniom gracza. Nie wiem, czy jakakolwiek gra sprawiła, że moja konsola chodziła tak głośno. A jeśli dodamy do tego lokalny split-screen dostępny w docku (online’a brak) to musimy podkręcić głośność w telewizorze. Nie zrozumcie mnie jednak źle – da się grać, tak samo jak dało się przyzwyczaić do cięć w trzecim Wiedźminie, nie jest to jednak wizualna uczta – łatwo dostrzec, że Switch nie był konsolą docelową.

Rozbudowywanie baz Starlinka strasznie wciąga – na tyle, że kupiłem grę po raz drugi.

Switch dostał więc zarówno najlepszą, jak i najgorszą wersję gry Starlink: Battle for Atlas. Najlepszą, bo z dodatkowym contentem w postaci Foxa i jego linii fabularnej, która pasuje do settingu i nie jest kompletnie odklejona od reszty gry. Najgorszą, bo jednak mocno obciętą wizualnie. Gra zdecydowanie warta polecenia, o której nie mówi się zbyt wiele i niewiele osób o niej pamięta, zapewne głównie przez system sprzedażowy zabawek. Moim zdaniem warto się nią zainteresować – cyfrę zgarnąć można co chwilę za sześć dyszek i nie trzeba nic więcej. Jak ktoś lubi eksponować artefakty na półce – fizyka kupić można jeszcze taniej. Totalnie polecam rodzicom, którzy chcą międzygwiezdną przygodę przeżyć razem ze swoją pociechą. Mnie Starlink też wciągnął jak bagno, a grałem solo. Przymknąłem oko na grafę, olałem fabułę, i po prostu się dobrze bawiłem.


Polecamy!


Producent: Ubisoft Toronto
Wydawca: Ubisoft
Data wydania: 16 października 2018 r.
Dystrybucja: cyfrowa + fizyczna
Waga: 6 GB (niezbędne do uruchomienia wersji fizycznej), 16.5 GB (cyfrowo)
Cena: 329,90 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.