Fire Emblem Warriors: Three Hopes

Omega Force kontynuuje dobrą passę adaptacji cudzych IP.

Współpraca między Nintendo a Koei Tecmo układa się lepiej niż kiedykolwiek, więc nic dziwnego, że nie musieliśmy zbyt długo czekać na kolejny efekt tej przyjaźni. Fire Emblem Warriors: Three Hopes jest jednocześnie sequelem do wydanego w 2017 roku Fire Emblem Warriors oraz reinterpretacją wydanego dwa lata później Fire Emblem: Three Houses.

No i miło mi donieść, że Three Hopes nadal podąża ścieżką wytyczoną przez Persona 5 Strikers oraz Hyrule Warriors: Age of Calamity. Nie są to tylko kolejne Warriorsy w nowej skórce i z toną fanserwisu, lecz pełnoprawny cross-over czerpiący garściami z mechanik obu serii. Dzięki temu otrzymujemy oryginalną mieszankę mającą wiele do zaoferowania fanom każdej marki.

Oczywiście podstawy nie są rewolucyjne. Spoiwem łączącym wszystkie inne elementy jest wciąż siekanie setek lub nawet tysięcy żołnierzy, bieganie po olbrzymich mapach, odbijanie z rąk wroga obozowisk i wypełnianie podstawianych co chwilę zadań głównych i opcjonalnych (większość z nich sprowadza się do ubicia kolejnej setki jednostek). Tradycyjnie system walki Musou jest łatwy do opanowania dla nowicjuszy – podstawowe combosy wyprowadzamy mieszanką zwykłych i specjalnych ataków przypisanych do dwóch przycisków. Z czasem bardziej przemyślane tłuczenie w przyciski zaczyna być jednak wynagradzane, a każda z postaci wyróżnia się nie tylko zakresem ruchów uzależnionych od wybranej klasy, ale też umiejętnościami specjalnymi.

Z Fire Emblem zapożyczono między innymi bardziej zaawansowane elementy strategiczne. W trakcie bitwy możemy się swobodnie przełączać między czwórką grywalnych bohaterów i bezpośrednio sterować każdym z nich. Gra jednak lubi zalewać nas kilkoma celami jednocześnie. Wtedy najlepszą opcją jest wydawanie rozkazów postaciom sterowanym akurat przez komputer i rozesłanie ich po różnych fragmentach mapy, w celu zlikwidowania wrogiego generała (najlepiej takiego, który będzie musiał walczyć w niekorzystnych warunkach przeciwko osłabiającego go typowi broni), ochrony cywilów lub wsparcia otoczonego sprzymierzeńca. A rozkazy warto dobrze przemyśleć. Na początku zabawy możemy dodatkowo wybrać poziom trudności, ale też tryb “klasyczny” lub “casualowy”. W tym pierwszym bohaterowie po śmierci są całkowicie usuwani z naszej drużyny na całą resztę gry, co nadaje potyczkom dodatkowego dreszczyku emocji.

Tytuł jednak zobowiązuje. Three Hopes zapożycza całą gamę mechanik wprowadzonych do serii Fire Emblem w 2019 roku. A to oznacza, że choć spędzicie dużo czasu na żonglowaniu przeciwnikami, tyle samo – jeśli nie więcej, godzin zajmie wam przygotowywanie się do walki. Pomiędzy potyczkami czas spędzamy już nie w klasztorze Garreg Mach, lecz wojskowym obozowisku. Mimo to powróciły niemal wszystkie aktywności poboczne znane z Three Houses.

Gra na początku każdego rozdziały serwuje nam ograniczoną liczbę punktów aktywności, które należy wykorzystać w celu rozwoju więzi między postaciami. Możemy się udać do kuchni, aby przygotować posiłek, który przy okazji wzmocni naszych bohaterów w trakcie misji; zostać wolontariuszem i razem z dwoma innymi bohaterami pomóc w prostych pracach polepszających status obozu; czy w końcu zaprosić swoją waifu lub husbando na rekreacyjną wycieczkę poza obóz, czym zastąpiono znane z Three Houses herbatki.

Do wykorzystania otrzymujemy także punkty taktyczne, które możemy wykorzystać w celu wyszkolenia bohaterów. System ten zastępuje wykłady i sprowadza się po prostu do zwiększania doświadczenia jednostek w ramach wybranej klasy. I choć każdy bohater posiada na początku różne predyspozycje, które pchają go w kierunku jednej wybranej ścieżki rozwoju, tak jak w Three Houses nic nie stoi na przeszkodzie, aby je całkowicie zignorować. Zróbcie z Dedue – góry mięśni specjalizującej się w rozłupywaniu czaszek toporem, kleryka, który będzie korzystać z magii w celu leczenie towarzyszy. Albo zachęćcie drobną Marianne do treningu z mieczem i zamieńcie ją w zwinną maszynę do zabijania. No i w sumie możecie nawet stworzyć drużynę pełną łuczników, bo czemu by nie?

Naturalnie w obozie znajdziemy też kowala wzmacniającego ekwipunek, handlarza oferującego upominki gotowe do wręczenia innym bohaterom czy konwojenta dostarczającego materiały potrzebne do rozbudowania obozu. Naprawdę nie brakuje tutaj zawartości, a chętni będą mogli spędzić masę czasu nad ustawieniem wszystkich tabelek i ekranów ekwipunku pod własne widzimisię. Rzecz jasna wszystko to ma przełożenie na samą walkę – zarobione umiejętności specjalne pozwolą nam na sianie jeszcze większego spustoszenia, a postacie z odpowiednio rozwiniętymi relacjami będą jeszcze lepiej ze sobą współpracować.

Three Hopes to też prawdopodobnie najbardziej przegadane Warriorsy w jakie grałem. Mamy tutaj do czynienia z alternatywną wersją fabuły Three Houses, która odpowiada na pytanie: “Co gdyby Byleth nigdy nie został profesorem?”. Nasz były protagonista przez większość czasu pełni rolę jednego z antagonistów, a głównym bohaterem Three Hopes została zupełnie nowa postać o imieniu Shez – najemnik, który również musi sobie radzić z głosem starożytnego bóstwa w swojej głowie. Na początku zabawy dalej musimy wybrać między trzema frakcjami, a każda z nich, gwarantuje odmienny scenariusz oraz inny zestaw znanych twarzy do zapoznania (choć oczywiście z czasem możliwe jest zrekrutowanie dodatkowych bohaterów).

To połączenie slasherowego systemu walki z bardziej kierowanym przez historię i pilnym szlifowaniem masy różnych statystyk tworzy razem zaskakująco wciągającą mieszankę. Nietrudno ocknąć się po kilku godzinach i uświadomić sobie, że właśnie spędziliśmy cały wieczór na dopasowywaniu każdego możliwego elementu pod własne preferencje, aby przetestować je następnie w trakcie emocjonującej walki. Jednocześnie, jako wielki fan Three Houses, mogę mieć małe pretensje do samego scenariusza, który pomimo bardzo mocnego startu zaczyna nieco przymulać w drugiej połowie ścieżki. Fabuła tak naprawdę nie różni się aż tak mocno od tego co mogliśmy zobaczyć w poprzedniej grze. Ale i tutaj muszę pochwalić ambitny voice acting – praktycznie wszyscy aktorzy znani z Three Houses powrócili, a niemal każda kwestia jest w pełni udźwiękowione. Chwaliłem to w Three Houses, chwalę i tutaj.

Omega Force dobrze też opanowało kopiowanie specyficznej stylistyki adaptowanych serii do swojego własnego silnika. I choć w przypadku Three Hopes efekt ten był pewnie znacznie łatwiejszy do osiągnięcia (Koei Tecmo pomagało Intelligent Systems przy Three Houses, a obie gry prawdopodobnie współdzielą silnik), wciąż należy pochwalić wierność oprawy graficznej. Nie oszukujmy się – Three Houses nie jest ani najładniejszym ani najbardziej wymagającym tytułem na Switcha, ale deweloperzy świetne poradzili sobie chociażby z przeniesieniem dwuwymiarowych portretów postaci na modele 3D. Three Hopes wygląda niemal identycznie, ale udało się dodać też kilka poprawek (dialogi odbywają się teraz na przykład na tle trójwymiarowych środowisk, a nie załamujących się i mało przekonywujących bitmap).

Mniejsza liczba graficznych fajerwerków ma też dobry wpływ na stabilność rozgrywki. Optymalizacja Musou na konsoli Nintendo zawsze przed premierą jest wielką zagadką. Miło mi więc oznajmić, że rozdzielczość stoi na akceptowalnym poziomie w obu trybach, a framerate przez 99% czasu nie spada poniżej 30 klatek na sekundę. Omega Force zdecydowało się na nieblokowanie klatek, więc podczas mniej wymagających segmentów gra dobija nawet do 60 FPS, ale sytuacje te są dosyć rzadkie. Wolałbym twardy i dobrze działający cap, ale lepsze to niż piękne, ale ciągle krztuszące się Age of Calamity.

Fire Emblem Warriors: Three Hopes idealnie wstrzeliło się w mój gust – kolesia, który uwielbia Three Houses i od czasu do czasu lubi wracać do odmóżdżającej siekaniny Dynasty Warriors. Jeśli któraś z tych rzeczy opisuje także was, powinniście się zainteresować najnowszą propozycją Omega Force. Najlepsze, że w eShopie znajdziecie obszerne demo produkcji, które pozwoli was na zapoznanie się z kilkoma pierwszymi rozdziałami przygody.

I pamiętajcie jedynie, aby nie popełnić mojego błędu – zerknijcie w sieci na wymagania potrzebne do zrekrutowania pewnej kluczowej postaci w drugiej połowie gry. Inaczej będziecie musieli powtarzać kilka końcowych etapów, aby móc zobaczyć ukrytą – i cholernie satysfakcjonującą, fabularną sekwencję.


Polecamy!


Producent: Omega Force
Wydawca: Nintendo, Koei Tecmo
Data wydania: 24 czerwca 2022
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 13.4 GB
Cena: 249,80 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.