Tomodachi Life: Living the Dream

Animal Crossing dla ludzi chronicznie online.

Nintendo zdecydowało, że pierwsze miesiące ich planu wydawniczego na 2026 rok będę stały pod znakiem symulatorów życia. Najpierw na początku roku otrzymaliśmy zaktualizowaną wersję Animal Crossing: New Horizons dla Switcha 2, w marcu na konsoli objawił się zaskakujący system seller w postaci Pokopii. Teraz przyszła pora na trzecią część serii Tomodachi. Chociaż takie natężenie „przytulnych gier” może wydawać się problematyczne, każda z nich serwuje jednak nieco inny rodzaj zabawy.

Głównym celem w Tomodachi Life: Living the Dream jest stworzenie swojej idealnej rajskiej wyspy z zapewnianiem rozrywek i wszelkich wygód stopniowo tworzącej się na niej społeczności. Brzmi to podobnie do wcześniej wspomnianych gier. Główna różnica polega jednak na tym, że o ile w Animal Crossing na naszą wyspę wprowadzają się z góry zaprogramowane zwierzaki, a w Pokopii losowo generowane Pokemony, tak w Tomodachi Life naszymi lokatorami są tworzone przez nas samych Mii. Sami więc decydujemy, kogo zaprosimy. W pierwszych odsłonach serii Nintendo ewidentnie liczyło na to, że gracze będą dodawać do gry podobizny członków swoich rodzin i znajomych, ale na etapie trzeciej gry chyba nawet Japończycy już zaakceptowali, że większość ich fanów jest całkowicie szalona.

Na Waszej wyspie może zamieszkać każdy. Sportowcy, ulubione postacie z mangi i komiksu, aktorzy, postacie filmowe, politycy, postacie historyczne, celebryci, bohaterowie kreskówek, postacie z gier – limitem jest tylko nasz własny przeżarty popkulturą i internetem mózg. Tak więc i u mnie na wyspie „sera” zamieszkali chociażby Wallace i Gromit, Leon Kennedy, Frieren, Denji i Asa z „Chainsaw Mana”, Ryomen Sukuna, Carol Sturka i Zosia z „Pluribusa”, Todd Howard, Pearl i Marina ze Splatoona, Wielki Regent Thragg, Peter Griffin czy Shulk. W głowie tlą się natomiast pomysły na tworzenie kolejnych awatarów, które pozwolą mi się zbliżyć do limitu 70 postaci zamieszkujących w stworzoną społeczność.

Aby pozwolić na pełną realizację naszych fantazji, edytor Mii przeszedł kolejne zmiany. Tworząc postać, możemy zdać się na uproszczony generator, który zadaje nam pytania i następnie tworzy postać na podstawie udzielonych odpowiedzi. O wiele więcej zabawy daje jednak klasyczne tworzenie Mii. Możemy rzecz jasna jak zawsze wybrać rodzaje np. oczu, fryzury, nosa i ust, ale możliwości edytora zostały znacznie rozszerzone dzięki opcji narysowania maski wzbogacającej design o bardziej wyrafinowane elementy. Po wybraniu wyglądu Mii ustalamy także jego wiek, wzrost, płeć, preferencje miłosne, ewentualne spokrewnienie z innymi mieszkańcami, głos oraz charakter. Po akceptacji nasza postać wprowadza się na wyspę, a naszym zadaniem od tego momentu jest zwiększanie poziomu szczęścia tego mieszkańca.

Poziom szczęścia mieszkańców jest reprezentowany przez kolejne poziomy, które możemy zwiększać na najróżniejsze sposoby – karmiąc ich ulubionymi potrawami, ubierając w ciuchy pasujące do ich charakteru, bawiąc się czy wręczając prezenty. Najważniejsze jest jednak budowanie społeczności i relacji między mieszkańcami. Aby rozpocząć znajomość, wystarczy chwycić Mii naszymi boskimi dłońmi, a następnie rzucić go obok innego mieszkańca, aby zaczęła nawiązywać się między nimi znajomość. To, w jakim kierunku ta znajomość ruszy, jest już do pewnego stopnia losowa i uzależniona od masy czynników. Mii mogą po prostu zostać przyjaciółmi, pokłócić się albo… wpaść sobie w oko. Szczęściu możemy pomóc, zmuszając Mii do częstego spędzania ze sobą czasu lub reagując na tymczasowe wypadki – np. gdy jeden z naszych mieszkańców upadnie i będzie potrzebował pomocy. Niemniej bardzo dużo tutaj losowości i najczęściej ciężko przewidzieć, które postacie wejdą ze sobą w głębszą relację lub będą sobie wzajemnie działać na nerwy.

Ta losowość i nieprzewidywalność to zdecydowanie dusza Tomodachi, dzięki której codzienne odwiedzanie naszej wyspy zaczyna przypominać oglądanie kolejnych odcinków absurdalnych sitcomów. Na scenariusze każdego epizodu mamy zresztą wpływ, bowiem w trakcie rozmów Mii często pytają nas o to, na jaki temat mają porozmawiać z innymi mieszkańcami lub poproszą o nadanie im specjalnych ksywek. I, ku mojemu szokowi, Nintendo faktycznie postanowiło nie ograniczać w żaden sposób zasobu słów, które możemy wklepać do gry ekranową klawiaturą. Uwierzcie mi, przetestowałem obecność filtrów przekleństw od razu (powstrzymam się przed wrzucaniem dowodów w załączonych zdjęciach, aby mimo wszystko pozostawić tę recenzję przyjazną rodzinom), ale korzystając z wbudowanego systemu text-to-speech możemy zmusić postacie to wymówienia wszystkiego – nieważne jak wulgarny, brudny i przeżarty internetem jest nasz mózg.

Możliwości importowania do gry własnych pomysłów jest zresztą więcej. W odblokowanym warsztacie DIY za pomocą wbudowanego edytora możemy stworzyć dowolną potrawę, prezent czy część garderoby upodabniającą Mii jeszcze bardziej do ich prawdziwych odpowiedników. Tyczy się to także wnętrz domków oraz samych budynków, więc jeśli jesteście wystarczająco kreatywni, możecie całkowicie spersonalizować swoją wyspę. Gra jest zresztą bardzo hojna, jeśli chodzi o wprowadzanie zmian. W każdym momencie i nieodpłatnie możemy zmienić położenie budynków czy kształt wyspy.

Kolejne elementy pozwalające na rozbudowanie naszego raju odblokowujemy, zbierając punkty doświadczenia otrzymywane za pomaganie Mii w codziennych zadaniach. Granie w Tomodachi Life jest tak naprawdę pozbawione standardowego z góry narzuconego celu, ale jeśli już miałbym go wskazać, to jest nim właśnie zwiększanie poziomu naszej wyspy. Za każdy poziom wynagradzani jesteśmy „Życzeniem”, które następnie wymienimy przy fontannie na nowe przedmioty, którymi możemy zapełnić teren; przygotowane przez deweloperów aranżacje wnętrz, bilety na wycieczki do różnych zakątków świata, czy zestawy „dziwactw” do wręczania Mii, gdy te osiągną kolejne poziomy szczęścia.

No właśnie, Mii także posiadają swój wskaźnik szczęścia, a po jego wypełnieniu możemy rozszerzyć ich charakter o specjalne cechy reprezentowane przez kolorowe baloniki. Dzięki temu zmienimy sposób, w jaki mieszkańcy witają się ze znajomymi czy ich sposób poruszania się po wyspie lub sprawimy, że zaczną bez skrępowania puszczać bąki, nawet będąc otoczonymi przez nieznajomych. Możliwe jest także samodzielne wpisanie kwestii, którą Mii zawsze będą wypowiadać, na przykład rozpoczynając zdanie; mogą też wręczać DVD z lekcją tańca, przez które postacie zaczną w losowych momentach wykonywać breakdance. O charakterze i sposobach ekspresji naszych tworów decydujemy sami, a gra wręcza nam do tego wystarczająco dużo narzędzi.

Tomodachi Life: Living the Dream to bardzo specyficzna gra i zdecydowanie nie dla każdego. Choć zaprojektowano ją do zabawy na kilkadziesiąt lub nawet kilkaset godzin, przy bardzo natężonej rozgrywce dosyć szybko odkrywa przez graczem większość kart. Minigry zaczynają się powtarzać, generowane sceny i eventy coraz bardziej się ze sobą zlewają, a choć w nowej odsłonie dodano sporo nowości, to względem poprzednich odsłon jest tutaj kilka znaczących braków (wciąż trzymam kciuki, że kiedyś deweloperzy zaimplementują do Living the Dream Halę Koncertową). To, jak wiele wyciągniecie z Tomodachi Life, jest uzależnione od tego, jak dużo do gry dodacie sami. To prawdziwa piaskownica dająca nam mnóstwo zabawek w nadziei, że sami wymyślimy sobie zasady, według których będziemy się nimi bawić. No i u mnie ten model zdecydowanie wypalił, bo w grze spędziłem już ponad 35 godzin, wykonując w często dosyć powtarzalne czynności, które jednak wielokrotnie powodowały u mnie niespodziewane napady histerycznego śmiechu.


Polecamy


Serdecznie dziękujemy Conquest Entertainment
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Nintendo
Wydawca: Nintendo
Data wydania: 16 kwietnia 2026 r.
Dystrybucja: cyfrowa, pudełkowa
Waga: 6,2 GB
Cena: 254,80 PLN


Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *