Samurai Warriors 5

Po Hyrule Warriors: Age of Calamity i Persona 5 Strikers nadeszła dla mnie pora na zmierzenie się z jakimś oryginalnym musou.

Nie chcę znowu powtarzać wstępów, które napisałem przy moich poprzednich recenzjach slasherów Omega Force, więc zrobię to zwięźle – przed Hyrule Warriors odbiłem się od każdej gry z serii Warriors, z jaką miałem styczność, lecz spin-offy Zeldy i Persony mi się spodobały. Uznałem więc, że wypadałoby teraz sprawdzić oryginalną produkcję z tej serii obdartej z grubej warstwy fan serwisu.

Padło na Samurai Warriors 5 – najnowszą część cyklu zapoczątkowanego w 2004 roku i skupioną na XVI-wiecznych wojnach domowych pochłaniających Japonię. Gra teoretycznie oddaje nam kontrolę nad prawdziwymi historycznymi postaciami, które oczywiście zostały jednak odbite przez pryzmat anime. Czy gra może posłużyć za lekcję japońskiej historii? Cóż, na pewno w takim samym stopniu w jakim seria God of War może posłużyć za lekcję mitologii greckiej.

Mimo wszystko fabuła okazała się być naprawdę pozytywnym zaskoczeniem. Narrator co prawda potrafi zasypać gracza toną ekspozycji po rozpoczęciu każdej misji, przez co dosyć ciężko nadążyć za ciągle zmieniającymi się imionami oficerów i podbijanych wiosek – szczególnie na samym początku gry. Grze całkiem nieźle udaje się jednak rozrysować relacje między garstką głównych bohaterów, a każdy z nich ma sobie wystarczającą ilość charyzmy, aby wyczekiwać kolejnych cutscenek z ich udziałem. Wydarzenia obserwujemy zresztą naprzemiennie z perspektywy dwóch protagonistów stojących po przeciwnych stronach konfliktu.

Sercem każdego musou jest jednak rozgrywka i najważniejsze, że pod tym względem Koei Tecmo nie zawiodło. Oczywiście fundamenty są takie same jak zawsze. Samurai Warriors 5 to w dalszym ciągu grindfest wrzucający gracza na rozległe mapy i pozwalające mu na poszatkowanie tysięcy przeciwników w przeciągu paru minut. Zwykli żołnierze pozostają bezbronnymi lalkami, których celem jest zapełnianie pasków zdolności i licznika combo, a wyzwanie kryje się głównie w walkach z innymi oficerami i zaliczeniu jak największej liczby misji i otrzymaniu jak najlepszej noty końcowej po zakończeniu bitwy.

System walki Samurai Warriors nie przeszedł większych zmian w porównaniu do pobratymców – wyprowadzanie ataków ogranicza się do naprzemiennego mashowania dwóch przycisków i wykonywania ataków specjalnych “musou” po wypełnieniu odpowiedniego paska. Samuraje zmuszają jednak do częstszego parowania ataków wyprowadzających oponentów z równowagi. Całkiem ciekawy jest też system “Ultimate Skill”. Dla każdej postaci wybrać możemy cztery zdolności aktywowane poprzez przytrzymanie lewego triggera i naciśnięcie A, B, X lub Y. Zdolności różnią się funkcjonalnością – niektóre po prostu wyprowadzają potężny cios niemożliwy do zablokowania, inne gwarantują tymczasowe buffy do statystyk postaci. Ultimate Skills możemy zmieniać dowolnie między misjami, co pozwala na przystosowanie każdego bohatera do naszego stylu gry.

No i jasne, rozgrywka wciąż jest dosyć powtarzalna, cierpi na brak szlifów (kamera ciągle blokująca się na ścianach) i opiera się głównie na serwowaniu zastrzyków satysfakcji poprzez czyszczenie mapy z ilości żołnierzy, która byłaby w stanie zapełnić stadion piłkarski. Do tego dochodzi cały system rozwoju kilkudziesięciu dostępnych bohaterów. Ciągłe ekwipowanie nowych broni, zwiększanie poziomu doświadczenia postaci, rozbudowa drzewek zdolności, wybór Ultimate Skills, uczenie się specyfiki różnych stylów gry. Rzeczy, które robimy po opuszczeniu pola bitwy, są równie ważne, co żonglowanie żołnierzami. A może nawet nieco bardziej wciągające.

Nie jest to szczególnie ambitna rozrywka. Całą serię musou porównałbym do przetworzonego jedzenia. Tak, nie jest one szczególnie zdrowe i nie może się równać z daniem przyrządzonym w domowym zaciszu lub restauracji. Czasami jednak po całym dniu spędzonym w pracy człowiek mimochodem zajeżdża do osiedlowego spożywczaka, robi zapas chipsów, gazowanych napojów (czasami procentowych) i tanich batoników, aby następnie wszystko to z przyjemnością przemielić przez żołądek bez kontemplowania składu wypisanego na opakowaniu.

Czy jest to zdrowe? W żadnym wypadku. Czy człowiek zaczyna żałować tej decyzji kolejnego poranka? Bardzo prawdopodobne. A mimo to kilka dni później ponownie przychodzi ochota na podobny maraton cukrowy. Jeśli nie robimy go sobie codziennie, nie powinniśmy mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. I podobnie jest z musou. Może nie do końca jestem w stanie zrozumieć fanów łykających nowe kolejne części serii co kilka miesięcy, lecz sam od czasu do czasu lubię się wyłączyć i zanurzyć w tym lekko monotonnym morderczym szale.

Samurai Warriors 5 zasługuje na jeszcze pochwałę w kategorii grafiki. Czuć, że trwająca już kilka lat współpraca z większymi wydawcami (szczególnie Nintendo) zaczęła przekładać się na jakość samodzielnych projektów Omega Force. Piąta część cyklu pochwalić się może naprawdę dobrymi designami postaci, płynniejszymi animacjami oraz masą efekciarskich poz.

Od strony czysto technicznej silnik oczywiście dalej przypomina o swoim wieku. Gra na pewno nie wygląda tak dobrze jak chociażby Age of Calamity (piątym Samurajom zdecydowanie bliżej do również straszącego aliasingiem Fire Emblem: Three Houses), ale jest to wynagradzane dużo lepszą płynnością na platformie Nintendo. Framerate mocno trzyma się 30 FPS i tylko kilka razy byłem w stanie wyczuć znaczące spadki klatek. Wyjątkiem jest oczywiście tryb split-screen dla dwóch graczy, ale i tutaj jest o niebo lepiej niż w praktycznie niegrywalnym co-opie spin-offu Breath of the Wild.

Po zagraniu w trzy znacząco różniące się części serii mogę to chyba w końcu napisać – lubię Warriorsy. Lubię też tanie czekoladowe donuty sprzedawane w markecie z czerwonym insektem w logo i nie zamierzam się tego wstydzić! Wszystko jest dla ludzi, a od Samurai Warriors 5 brzuch mnie akurat nie rozbolał. Czasami jednak trzeba powiedzieć stop i przypomnieć sobie, że w lodówce czeka słoik z pożywną i zdrową zupą. Musou nie powiem więc “żegnaj”, lecz “do widzenia”. Chwila rozłąki wyjdzie nam obu na dobre, lecz kiedyś na pewno się znowu spotkamy, aby wyciąć w pień kolejne armie i minmaxować długą listę grywalnych postaci. Szczególnie jeśli współpraca Koei Tecmo i Nintendo dalej będzie się układać, a na którymś Nintendo Direct pokazany zostanie “Xenoblade Warriors”…


Polecamy!


Serdecznie dziękujemy Koei Tecmo Europe
za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego gry


Producent: Koei Tecmo, Omega Force
Wydawca: Koei Tecmo
Data wydania: 27 lipca 2021
Dystrybucja: cyfrowa i fizyczna
Waga: 9.3 GB
Cena: 280 PLN


Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *