Gry Roku 2021

To trzecie podsumowanie „Gry roku”, które przygotowujemy. W 2019 i 2020 miały różne formy, które dopasowaliśmy pod to, co wyszło i co ograliśmy. W 2021 postanowiliśmy znowu zrobić nasze GOTY inaczej. Zamiast trzech redaktorów udział weźmie cała piątka i wszyscy podejdą do sprawy indywidualnie!

Żeby zwiększyć czytelność, podzieliliśmy wpis na strony. Zaczynamy od Fryty, a to skróty do pozostałych:


Fryta:

GRY AAA

1. Crash Bandicoot 4: Najwyższy czas

Tylko dlatego, iż jestem jednym z jakiś 19 posiadaczy WiiU w kraju, na pierwszym miejscu mojego zestawienia nie znalazło się Super Mario 3D World. Mimo dekady na karku, ta pozycja wciąż zachwyca, a dodatek Bowser’s Fury to klasa sama w sobie. Dla mnie jednak zabrakło w nim elementu zaskoczenia, a poza tym zawsze byłem z obozu jamraja Crasha. Najnowszy Bandicoot ma wszystko, czego oczekiwali fani byłej maskotki PlayStation – zróżnicowane levele, grafikę i muzykę na bardzo wysokim poziomie oraz stabilny framerate. Wróciła również wizytówka oryginalnej trylogii, z czym nie do końca poradzono sobie przy remasterze – intuicyjne i responsywne sterowanie, z którym jesteśmy za pan brat już od pierwszego etapu. Do tego masa nowych patentów różnicujących gameplay (maski!), a wszystko to obficie polane humorem. Tak się powinno przenosić tytuły z mocniejszych konsol!

2. Tony Hawk’s Pro Skater 1+2

Niby pozycja znana, ale po głębokiej rewolucji. Współczesne wygibasy Jastrzębia i spółki to w zasadzie zupełnie nowa gra, która z pierwowzoru wzięła to, co najlepsze, ale dodała na tyle dużo od siebie, że niejeden stary wyjadacz do dziś się w remake’u nie odnalazł. Podobnie jak w przypadku czwartego Crasha, tutaj również mamy do czynienia z niemalże idealną konwersją. OK, gdzieniegdzie widać cięcia w oprawie, ale to, co najważniejsze, zostało przygotowane niemal idealnie. Oczywiście mowa o niezwykle wciągającej oraz płynnej rozgrywce na pięknie wyglądających planszach i przy akompaniamencie genialnej muzyki. Współczesne wcielenie Tony’ego Hawka wprawdzie do ponownego zakupu deskorolki mnie nie przekonało, ale do wymaksowania gry już jak najbardziej! A to mi trochę zajęło, bo tutaj naprawdę jest co robić… Rewelacyjny hołd dla ikony gamingu.

3. Diablo II: Resurrected

Teoretycznie ta gra to powtórka z rozrywki, tyle że w nowym sosie. Twórcy remastera zmienili jednak chyba wszystko, co mogli, aby produkcja okazała się szybsza, płynniejsza oraz bardziej atrakcyjna dla oka i ucha. I choć nie mogli nic poradzić w kwestii skostniałej rozgrywki, dla mnie współczesne Diablo II okazało się fantastycznym wprowadzeniem w uniwersum serii. Kilkadziesiąt godzin przy Switchu przeleciało w okamgnieniu, wywołując na mojej twarzy dokładnie ten specyficzny uśmiech, który towarzyszył mi na przełomie wieków, podczas zagrywania się na PSX i Dreamcaście.

Tuż za podium: Need For Speed Hot Pursuit Remastered

Cóż za niespodzianka, kolejny remaster! Odświeżone Hot Pursuit to przede wszystkim płynna i dynamiczna rozgrywka oraz nadal przyciągająca oko (mimo przecież dość wiekowego kodu źródłowego) grafika. Do tego naprawdę sporo kontentu plus nieskończone możliwości zabawy online i genialny soundtrack, z którym polecam zapoznać się chociaż w necie czy na Spotify. Było naprawdę blisko „pudła”!


GRY INDIE

1. A Juggler’s Tale

Tytuł nieszablonowy, który całą rozgrywkę opiera (co jest dla mnie szczególnie interesujące) na kontraście. Niby sztampowa dwuwymiarówka, ale z pewną dozą niespotykanej rozgrywki. Na pierwszy rzut oka przyjazna bajka, ale w rzeczywistości brutalna opowieść o ciemnej stronie człowieka. Siedząc z boku, ciężko dostrzec w A Juggler’s Tale coś więcej niż typowego średniaka, ale gdy chwycimy za pada, wybija się do rangi najlepszej gry niezależnej tego roku. Szkoda jedynie, że przygoda kończy się tak szybko!

2. Cozy Grove

Mimo powszechnego hype’u, nigdy nie planowałem nawet próbować grać w Animal Crossing: New Horizons. Po zaliczeniu Cozy Grove niezwłocznie zamówiłem egzemplarz bestsellerowego symulatora życia od Nintendo. Mimo że okazał się on świetny, pozostałem wierny indykowi w pastelowej stylistyce, który okazał się doskonałym przerywnikiem od wszelkiej maści gier akcji. Przez tygodnie pozwalał mi się natychmiast wyciszyć i na kilkadziesiąt minut oderwać od otaczającego mnie wiru codzienności. Moment, w którym udawałem się w podróż na Cozy Grove, był najspokojniejszym okresem w ciągu dnia, świetnie studzącym emocje po powrocie z pracy. To również najczęściej odpalana przeze mnie gra w tym roku, z licznikiem dochodzącym do 80 godzin.

3. Blue Fire

Ciężko było uzupełnić podium, gdyż kandydatów do trzeciego miejsca było co najmniej czterech. Ostatecznie stawiam na argentyńską produkcję Blue Fire. Tytuł wprawdzie jest dość nierówny i z wysokim progiem wejścia, ale gdy już opanujemy większość ruchów naszego protagonisty, raczej ciężko będzie się powstrzymać od efektownej eksploracji świata oraz, przede wszystkim, bonusowych etapów. Gra, choć prosta w założeniach oraz oprawie, jest tak naprawdę bardzo rozbudowanym indykiem, który w dodatku sprawiedliwie nagradza za spryt i główkowanie podczas odbijania świata z rąk sił ciemności. Mimo indyczego rodowodu, oferuje sporo godzin grania.

Tuż za podium: Sea of Solitude / Cyber Shadow / What Comes After

Każda z wymienionych gier miała w sobie zarówno „to coś”, jak i coś czego zdecydowanie zabrakło. Sea of Solitude charakteryzuje się piękną oprawą i spójną historią, ale posiada braki w gameplayu. Cyber Shadow rozgrywki miał z kolei bardzo dużo, ale w połowie zaczynało jej brakować świeżości, przez co okazała się nużąca i niejednokrotnie irytująca. What Comes After za to grywalności nie miało wcale… i to stanowiło jego siłę. W boju o moje tegoroczne „pudło” wśród indyków było naprawdę ciasno!

Możesz również polubić…

1 Odpowiedź

  1. Quithe pisze:

    Na naszym fejsowym fanpejdżu znajdziecie konkursik z grami na Switcha do wygrania 🙂 Trwa do 7 stycznia 2022.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.